Bądź na bieżąco - RSS

UCL: Arsenal 5 – 0 Porto

9. Marzec 2010 | 21 Komentarze/y | Mariusz

Arsenal 5-0 Porto
(Bendtner 10′, 25′, 90′(pen)Nasri 63′Eboue 66′)

Liczby meczu | Skrót: 1. połowy, 2. połowy | Komentarz Wengera

Jako kapitan, nikt nie potrafi poprowadzić Arsenalu do zwycięstwa tak jak Hiszpan. Kiedy brakło Fabregasa, całą odpowiedzialność wziął na siebie Almunia. Pod dowództwem naszego Manuela zmietliśmy Portugalczyków z boiska. A ujmując rzecz nieco poważniej, muszę przyznać, że po takim spotkaniu niesprawiedliwością byłoby wytykać któremukolwiek z naszych piłkarzy jakiekolwiek błędy. Opaska kapitańska na ramieniu Manuela zadziałała niczym szczęśliwa maskotka na maturze. Nasza defensywa była świetna (choć przyznaję, że w pierwszej połowie Campbell podniósł mi ciśnienie dwukrotnie).

Pierwsze minuty były niczym miód na me serce. Zgnietliśmy ich od samego początku. Porto wyglądało jak bokser, który dostał solidnego sierpa w 16. sekundzie pierwszej rundy i ostatnią rzeczą, o jakiej myślał to zebrać się do ataku. Naparliśmy więc na nich i okładaliśmy seriami potężnych ciosów. W końcu pękli za sprawą trójkowej akcji Samira, Andrzeja i Nicka. Zdobyty (przez Porto) przed 3 tygodniami gol nr 2 odbił im się czkawką. Tym razem sędzia był po naszej stronie i nie odgwizdał pozycji spalonej Arszawina. Potem widzieliśmy świetne prostopadłe podanie Nasri’ego, Rosjanin nie dogonił piłki, lecz Bendtner znów(!) był we właściwym miejscu i wykazał się przytomnością umysłu.

Dominacja Kanonierów nie ustępowała. Wcześnie strzelony gol był tym, na czym nam najbardziej zależało. Od tego momentu, to goście musieli gonić wynik, bo byli za burtą CL. Arsenal stwarzał kolejne szanse, aż wreszcie dopiął swego. Druga bramka to właściwie w 99% dzieło Arszawina. W swoim stylu wjechał z piłką w pole karne i mijając kolejnych zawodników, wyłożył ją Bendtnerowi jk na tacy. Pierwsza połowa skończyła się naszym prowadzeniem 2:0 i nie miałem prawa narzekać ani na wynik, ani na naszą grę.

Moje dobre samopoczucie przygasło na chwilę z początkiem drugiej połowy. Rywale zorientowali się chyba, że wciąż tylko 1 gol dzieli ich od ewentualnej dogrywki i ewentualnych rzutów karnych. W loterii jedenastek mieliby jeszcze jakąś szansę, bo na doprowadzenie do remisu liczyć raczej nie mogli. Zerwali się więc do ataku i przyznaję, zacząłem się nieco niepokoić. Strzał Falcao na szczęście trafił wprost w ręce Almunii; uderzenie głową któregoś z graczy Porto zgarnął ustawiony przy słupku Nasrii, a mocne dośrodkowanie Hulka na wysokości 5. metra nie znalazło nogi żadnego z graczy w niebieskich strojach.

Kiedy zaczynałem się w sobie spinać, a moja noga poczęła nerwowo podrygiwać, całkowicie uspokoił i rozluźnił mnie Nasri. To, co ten chłopak zrobił w 64 minucie meczu, było nieprawdopodobną akcją okraszoną kapitalnym golem. Dostał piłkę po prawej stronie boiska i nic sobie nie robiąc, wbiegł z nią między trzech graczy Porto. Potańczył między tym trio, ośmieszył ich, po czym z ostrego kąta zapakował z pełną siłą po długim rogu, tuż obok zdziwionego Heltona. Cudo!!! Pech chciał, że akurat na sekundy przed tą bramką mój stream padł jak zdechły pies i przez kilka kolejnych minut walczyłem z przywróceniem go do życia (ominęła mnie więc kolejna bramka Eboue). Nadrobiłem to jednak tuż po meczu, ściągając sobie plik wideo z trafieniem Samira i zapatrzyłem się w niego przez kilkanaście kolejnych minut. Wiem, że w tym sezonie strzeliliśmy masę świetnych bramek, ale ten gol z całą pewnością może być faworytem na bramkę roku.

Gdy kibice Arsenalu poczynali rozsiadać się w fotelach z uśmiechem na twarzy, mając świadomość, że 3:0 jest wynikiem, gdy można otworzyć piwko i w końcu rozkoszować się meczem – mogli czuć się zaskoczeni, gdy wracając z kuchni, ze zmrożonym napojem, spostrzegli, że owe 3:0 jest już nieaktualnym rezultatem.

Ponieważ nasza siła ofensywna jest tak ogromna, że niewielu odważa się grać przeciw Arsenalowi otwarty futbol, możemy być tylko zawiedzeni faktem, że nie mamy tak częstych możliwości oglądania równie spektakularnych kontrataków. Arszawin popędził w piłką jak Walcott przed rokiem na Anfield. Tym razem na dole ekranu wyłonił mi się zapieprzający na maksa Eboue (a nie jak wtedy Andrzej). Zrozumienie pod polem karnym obu naszych piłkarzy przypomniało mi czasy Piresa, Henry’ego i Bergkpampa. Idealne wypuszczenie Buły i gol. Wenger ze zrozumiałą ekspresją wariował przy linii bocznej.

Ostatnie 20 minut meczu upływały bardzo przyjemnie. Rozkoszowałem się każdą sekundą, bo nie często dane jest mi w taki sposób kończyć mecze Kanonierów. Po otrzymanych mailach i sms-ach wiem, że nie byłem osamotniony w tym odczuciu. Na koniec dostaliśmy wisienkę na torcie – rzut karny, który wykorzystał Bendtner i zapisał na swoim koncie pierwszy hat-trick w karierze.

Zerknąłem jeszcze na chwilę w wypowiedzi naszych rywali przed wtorkowym meczem. Niektóre buńczuczne zdania o zwycięstwie na Emirates brzmią teraz co najwyżej śmiesznie. Nie chodzi nawet o wynik, ale o fakt, że Porto z tą grą, jaką zaprezentowało na tle Kanonierów, nie miało prawa liczyć nawet na remis. Chłopcy portowcy najwyraźniej nie dostrzegli faktu, że już pierwsze spotkanie tej rundy było wyznacznikiem możliwości obu drużyn. Chłopcy portowcy widocznie nie skojarzyli, że obie bramki i w efekcie zwycięstwo na własnym stadionie zawdzięczali błędowi Fabiana i niezrozumiałej decyzji sędziego. Wtorkowy wieczór w Londynie całkowicie obnażył klasę obu drużyn.

Słówko jeszcze w odniesieniu do rywali, a właściwie do jednego szczególnego rywala… Grał u nich taki specyficzny jegomość o nazwisku Fucile. Koleś podpadł mi już w pierwszym spotkaniu, gdy ekspresyjnie rzucał się do naszych piłkarzy (o ile dobrze pamiętam, miał chyba starcie z Fabregasem). W rewanżu znów dał się poznać jako „lepszy cwaniak z podwórka obok” co zademonstrował swoją postawą wobec Gaela. Ten cały Fucile, tak mocno zaangażował się w pokrzykiwanie na Kanonierów, że zapomniał, po co trener wystawił go na boisko. Gdy oglądam powtórki bramek i widzę jego wymierny udział przy czterech golach, traktuję to jako dodatkowy bonus tej świetnej wtorkowej uroczystości na Emirates Stadium. Pocieszny chłopiec.

Przed meczem postawiłem sobie pytanie, na które miałem dostać odpowiedź po końcowym gwizdku. Odpowiedź musi być więc jednoznaczna: Obecna drużyna, ta sama, która przejechała się po Porto, w której brakło Fabregasa, van Persie’go i Gallasa, udowodniła, że należą się jej największe słowa uznania. Na moich oczach, w ciągu raptem jednego sezonu, zespół Arsenalu poczynił ogromne postępy. Nigdy w życiu nie pomyślałbym, że bez tej trójki wymienionych graczy, bylibyśmy w stanie pokonać Porto w podobnym stylu. To (zaawansowane już) dzieło Wenger, jest przykładem futbolu harmonijnego. Pracowaliśmy tego wieczoru i wygraliśmy ten mecz zespołowością i harmownią.

‘Victoria Concordia Crescit’

Niezwykle trudno byłoby mi wskazać zawodnika, który wyrósłby zdecydowanie ponad pozostałą grupę i był oczywistym kandydatem na gracza meczu. Bo czy do tego wyróżnienia nie może konkurować Nasri ze swoim kapitalnym występem, fenomenalną bramką i cudownym podaniem przy pierwszym golu? Czy Arszawin wjeżdżający w defensywę Porto jak w masło, nie powinien być odznaczony tytułem MOTM? Czy po frustrującym sobotnim meczu, wtorkowy hat-trick Bendtnera jest czymś mniej znaczącym? Czy kapitalna postawa Vermaelena i jego „zero z tyłu” nie jest okazem wyjątkowości jego występu? Można by tak wymieniać dłużej, świetny występ Diaby’ego, Clichy’ego czy Sagny.

‘Victoria Concordia Crescit’

Zrelaksowany, rozluźniony i uśmiechnięty, cieszący się słonecznym dniem, będę dziś (a także w przyszłym tygodniu) spoglądał na pozostałe mecze Ligi Mistrzów i przyglądał się naszym potencjalnym rywalom w kolejnej rundzie. Środę poświęcę jeszcze na degustowanie zwycięstwa. Od czwartku nastąpi jednak pełne skupienie przed sobotnim meczem z Hull. Zapewne nie tylko ja przeczuwam, że tym razem nie będzie nam dane przeżywać podobnej błogiej radości, jak miało to miejsce we wtorkowy wieczór.

Tagi: , , , , , ,

Przed UCL: Arsenal vs Porto

9. Marzec 2010 | 13 Komentarze/y | Mariusz

Arsenal vs Porto

Skrót ostatniego meczu | Linki do meczu

Najgorętszą informacją wczorajszego dnia była wypowiedź Bossa o Fabregasie, który niestety nie będzie dostępny we wtorkowy wieczór. Arsene Wenger dodał, że wcale nie jest też pewne, czy nasz kapitan powróci na sobotni mecz ligowy z Hull City.

Rozgorzała więc dyskusja nad tym, czy Arsenal jest w stanie awansować do kolejnej rundy CL, bez swojego najlepszego zawodnika w środku pola. Nasz niepokój może być ostudzony za sprawą sobotniego występu Nasri’ego, który w ostatnim meczu, po opuszczeniu placu gry przez Fabregasa, zajął jego miejsce w środku pola i wypełnił tę rolę bardzo dobrze. Nie byłbym sobą, gdybym nie odczuwał przed dzisiejszym meczem niepokoju. Wszak Porto to nie Burnley. Ze szczególnym napięciem oczekuję więc występu Samira i tego, jaką grę pokażemy w linii pomocy.

Skład, jaki spodziewam się zobaczyć o 20:45 prezentuje się następująco:

Almunia
Sagna – Campbell – Vermaelen – Clichy
Nasri – Song – Diaby
Walcott – Bendtner – Arszawin

Almunia w bramce nie powinien być tematem dyskusji. Tym razem nasz hiszpański golkiper, pod nieobecność Cesc’a, otrzymał nawet kapitańska opaskę. Niektórzy wierzą, że świadomość kapitanowania drużynie doda mu większej pewności siebie i oszczędzi nam nerwowych momentów. Nie byłbym tego taki pewny… Większy spokój zapewniłoby mi dozbrojenie naszego bramkarza dodatkowym osprzętem.

Dzisiejszego wieczoru nasza defensywa musi być szczególnie szczelna, zwarta i nie do przejścia. Jeden gol ze strony Porto może nas kosztować awans. Dlatego uważam, że tym razem Wenger postawi na Sagne, który zapewni nam solidność z tyłu i nie przełoży gry defensywnej ponad rumakowanie pod pole karne gości. Za nowy kontrakt dla Sola, należy się Wengerowi szczególna nagroda. Gdyby nie umowa z 35-letnim Anglikiem, musielibyśmy dziś wystawić Silvestre’a (brrr…). Campbell pokazał w minionych spotkaniach, że szybko nawiązał nić porozumienia z Vermaelenem i stał się silnym punktem naszej obrony. Nikt inny, jak właśnie postawny defensor dał nam solidną podstawę wiary w awans. To jego gol przed 3 tygodniami, stawia nas dziś w nie najgorszej sytuacji.

Szczególne przetasowania mają miejsce w linii pomocy. Tutaj na jedno spotkanie powróci Song (za 10 żółtych kartek musi jeszcze pauzować w drugim meczu ligowym przeciw Hull). Jeśli traktować ostatni mecz z Burnley jako egzamin dla Nasri’ego, to Francuz zdał go bardzo dobrze i zasłużył sobie na rolę gracza, który wypełni (lub będzie starał się wypełnić) lukę po kontuzjowanym Fabregasie. Pamiętam, jak w poprzednim spotkaniu LM zawodnicy Porto nie przebierali w środkach, by wyłączyć Cesc’a z gry. Czy podobną „taktykę” zastosują w stosunku do Samira, czy może odpuszczą go sobie, skupiając się raczej na drużynowym zabezpieczeniu tyłów? Myślę, że istotnym wsparciem byłaby osoba Diaby’ego. Mając za plecami Songa i krążącego wokół siebie Abou, Samir miałby większe pole manewru do podejmowania odważniejszych i bardziej ofensywnych decyzji. Że ma ku temu predyspozycje, pokazał w sobotę, asystując przy pierwszej bramce Cesc’a. Wspomniany przed chwilą Diaby byłby także ważnym elementem stałych fragmentów gry. Gdybyśmy mieli w tym samym czasie na boisku graczy takich jak Song, Vermaelen, Diaby, Campbell czy Bendtner, moglibyśmy szukać fauli w okolicach pola karnego lub pokładać nasze nadzieje w rzutach rożnych. Z taką armią piłkarzy w polu karnym, moglibyśmy śmiało rywalizować nawet z Chelsea.

Paradoksalnie, po ostatnim meczu Premier League, moim stuprocentowym pewniakiem do startu od początku meczu jest Bendtner. Jak powiedział Arszawin, Nicklas zachował bramki na wtorkowy pojedynek z Porto, gdzie każdy gol będzie ceniony znacznie wyżej. Wydaje się, że Wenger także jest spokojny o postawę Duńczyka. Jeśli Nick będzie dziś pracował z równie dużym zaangażowaniem jak w sobotę, jestem przekonany, że wpisze się na listę strzelców.

Obok Bendtnera chętnie zobaczyłbym Arszawina, który po kontuzji najpierw rozegrał mecz w kadrze Rosji, a w sobotę był zmiennikiem Rosicky’ego (wchodząc na ostatnie 30 minut). Jeśli Andrzej jest zawodnikiem lubującym się w wielkich meczach, to dzisiejszy wieczór może być dla niego dobrym wyzwaniem. Skłonny jestem przypuszczać, że Wenger świadomie w sobotę wpuścił Rosjanina dopiero na ostatnie pół godziny, ponieważ oszczędzał go na dzisiejsze starcie.

Na przeciwległym skrzydle mam jeszcze większy dylemat. Z jednej strony posadzenie Walcotta na ławce po tak dobrym występie przeciw Burnley byłoby dziwne. Z drugiej strony jednak, oba spotkania dzieli ledwie 3 dni i nie mam pojęcia, jak wygląda Theo po rozegraniu pierwszego pełnego meczu od grudnia 2009. Wierzę, że jeśli tylko Anglik jest na tyle wypoczęty, by rozpocząć mecz od pierwszych minut – Wenger skłonny będzie z niego skorzystać. W innym przypadku oczekuję w wyjściowym składzie Rosicky’ego, za którego w okolicy 65 minuty wejdzie Walcott, wykorzystujący swoją szybkość przeciw podmęczonym obrońcom Porto.

Gdybyśmy w pierwszym spotkaniu osiągnęli bramkowy remis, byłbym dziś całkiem spokojny o wynik i awans do kolejnej rundy. Strach sobie wyobrazić, jaki byłby nastrój przed meczem, gdybyśmy musieli gonić 2:0 z poprzedniego meczu. Na szczęście strzelona bramka przez Sola, dała mi sposobność do umiarkowanego optymizmu.

Na Estadio do Dragao przegraliśmy nie dlatego, że nie potrafiliśmy piłkarsko przeciwstawić się gospodarzom, lecz za sprawą dwóch kuriozalnych błędów: najpierw Łukasza, a później sędziego. Koncentracja winna być nauką wyciągniętą z tamtego meczu i odrobioną na Emirates Stadium. Nie wątpię, że jesteśmy lepsi i wierzę, że udowodnimy to dziś na boisku.

Jest jeszcze jeden ciekawy aspekt, który skłania mnie do zastanowienia się nad klasa naszej młodej drużyny. Zadaję więc sobie pytanie: „Czy mając do odrobienia stratę z pierwszego meczu, jesteśmy w stanie przejść do kolejnej rundy CL, bez takich zawodników jak van Persie, Fabregas, czy Gallas?”. Moja odpowiedź brzmi: „tak”. Jeśli tego dokonamy, będzie to świadczyło, że posiadamy bardzo dobrą i szeroką grupę młodych piłkarzy. We wrześniu nie byłbym chyba tak optymistyczny, jak jestem dzisiaj.

Czego z kolei mogę spodziewać się po Porto? Nie byłbym zaskoczony, gdyby Jesualdo Ferreira ustawił niemal całą drużynę przed własnym polem karnym i liczył na przejęcie piłki w środkowej części boiska z szybkim kontratakiem na bramkę Almunii. Zdobycie przez gości bramki w dzisiejszym spotkaniu, stawiałoby nas w trudnej sytuacji. Dwa gole praktycznie zapewniłyby Portowcom awans. Czy dla tego celu warto odkrywać się od pierwszych minut i ryzykować stratę bramki już w pierwszej części meczu?

Z naszej strony oczekuję szczególnie wysokiego procentu skuteczności. Nie mam pojęcia ile bramkowych szans uda nam się wypracować. Wiem jednak, że im wcześniej wykorzystamy tą pierwszą szansę, tym łatwiej będzie o kolejne.

Wierzę, że tak jak w lidze udało nam się odrobić sporą stratę do liderujących drużyn, tak w Champion League zdołamy odrobić stratę z pierwszego spotkania. Zapowiada się prawdziwa uczta i kolejne dwie godziny ze ściśniętym żołądkiem.

Come on you Arseeeenall!!!

Tagi: , , , , ,

Walcott wciąż ma jeszcze mnóstwo czasu

8. Marzec 2010 | 16 Komentarze/y | Mariusz

Kiedy pseudoekspert rodem z White Hart Line namaszcza publicznie Theo Walcotta piłkarzem bez futbolowego mózgu – mogę co najwyżej uśmiechnąć się z politowaniem i wpisać nazwisko autora na osobistą czarną listę publicystów. Gdy jednak czytam podobnie niezrozumiałe wypowiedzi kibiców mojego klubu, trudno mi zrozumieć ich niecierpliwość. Zresztą… Wydawało mi się, że przykłady poprzednio skreślanych zawodników (a dziś prezentujących niebywałą formę) powinny być nauką dla nas wszystkich – w szczególności dla tych zniecierpliwionych.

Typom pokroju Chris’a Waddle’a się nie odpowiada. Można jedynie ograniczyć się do stwierdzenia, jakiego użył Boss podczas swojej ostatniej konferencji prasowej:

I believe he has not only a football brain but he has a brain.

Z niektórymi fanami jest trudniej. Oni nie przyjmą tak łatwo zapewnień Wengera, że Walcott potrzebuje czasu; że w wieku 20 lat, po sezonie pełnym kontuzji nie jest w stanie wyjść na boisko i omijać rywali jak slalomowe tyczki. AW:

I believe for a while maybe people expected too much of Theo and now they are too hard with him.

I believe Theo will be a great football player, he is very young, he will be 21 this year, and he will have a great future. I believe in him because he has a fantastic attitude, he’s an intelligent boy and he is highly motivated. These players always improve.

Czy (niespotykana do tej pory) kariera Fabregasa oderwała niektórych z nas od rzeczywistości? Nie możemy równać wszystkich do Cesc’a tłumacząc, że Hiszpan w wieku 20 lat był już zawodnikiem pierwszego składu. To tak jakby ojciec utalentowanego doktoranta dziwił się, czemu jego syn nie otrzymał jeszcze nagrody Nobla, skoro William Lawrence Bragg dokonał tego w wieku 25 lat.

Do wspierania swojego klubu i kibicowania można podchodzić: albo roszczeniowo („kibicuję im tyle a tyle lat; obejrzałem tyle a tyle meczów; czekam na trofeum kolejny sezon”), albo spróbować zrozumieć sytuację młodego Anglika, który doskonale zdaje sobie sprawę z tego jak wielka presja towarzyszy mu przy każdym występie:

I have had so many injuries this season, people don’t realise how hard it is to come back from setbacks after setbacks after setbacks.

You can’t be at your best straight away and if you think you can, then you put more pressure on yourself. That’s what I had been doing this season.

My development has gone very well. I am only 20 still and I have been in the limelight all the time.

Pomysł, by postawić krzyżyk na młodym chłopaku, który przez cały sezon zmaga się z kolejnymi urazami, jest co najmniej bezsensowny, a ludzie głoszący takie pomysły – bez wyobraźni. Dochodzimy więc do wniosku, że wielu z naszych kibiców przekonywać powinniśmy (pisząc „my” mam tu na myśli Klub, jak i poszczególnych graczy Arsenalu) podobnie jak żurnalistów „obcych sił”: nie merytoryczną wypowiedzią opartą o fakty, lecz dopiero postawą na boisku.

W efekcie takich działań kibic pojmowany jako fanatyk swojego klubu, staje obok innych postronnych obserwatorów i zaskoczony stwierdza wraz z nimi, że ten (tu wstaw nazwisko dowolnego gracza Arsenalu) coś jednak potrafi. Uważam, że lepszym rozwiązaniem jest wsłuchanie się w słowa Bossa, zaufanie jemu, jak i zawodnikowi, by być w stanie wytłumaczyć niezorientowanemu znajomemu, czemu dopiero teraz Walcott zaczyna grać to, czego wszyscy od niego oczekiwali wcześniej.

Dla tych, którzy obserwują z uwagą kolejne występy Theo, czytają jego wypowiedzi i uwagi Wengera, ostatni mecz Anglika przeciw Burnley nie powinien być szczególnym szokiem i zaskoczeniem. Przecież wszyscy dobrze wiedzieliśmy, że prędzej czy później ta chwila nadejdzie.

Zapewne fala krytyki dotykająca Walcotta wreszcie nieco ucichnie. Bo i co można powiedzieć o występie takim jak ten z minionej soboty?

Tagi: ,
  • Twój Panel:

  • O autorze:

    Procedurze Arsenalizacji poddaję się skutecznie od około dziesięciu lat. Ten proces trwa nieustannie. Mam nadzieję, że będzie trwał jeszcze długo. Moim celem jest:
    - zdobywanie informacji o Klubie
    - dzielenie się tymi informacjami
    - poznawanie opinii innych Kanonierów
    - dzielenie się swoimi opiniami
    - wymiana poglądów

    Jeśli Ty także chcesz być poddany procesowi Arsenalizacji - zapraszam.

  • Ja na Twitterze: