Po wczorajszym meczu z Blackburn byłem tak napakowany emocjami, że musiałem je jakoś okiełznać. Pomyślałem, że spacer będzie odpowiednim do tego sposobem. Ponieważ w ten weekend, w moim mieście odbywa się dwudniowy festyn, który nosi dumną nazwę „Dni Tomaszowa”, korzystając z okazji, udałem się na niedaleko położone błonie. Spacerując pomiędzy straganami z kiełbaskami i piwem, przyglądając się rozstawionemu nieopodal „wesołemu miasteczku” oraz widząc średniej wielkości grupę ludzi zgromadzoną pod główną sceną – poczułem się jakbym był fanem Blackburn odwiedzającym swój stadion. Na estradzie, przy licznie zgromadzonych dzieciach, jakiś Koniu czy inny Skiba rzucał żartami takiego kalibru, że nie powstydziłby się ich żaden rubaszny kawalarz. Atmosferę dopełniały grupki młodzieży stołujących się tego dnia piwem zamiast domowym obiadem. Klimat doprawdy specyficzny. Ani trochę nie przypominał tego sprzed kilku lat, gdy koncertowały tu prawdziwe gwiazdy polskiej muzyki rockowej, a ludzi zgromadzonych pod sceną szacowało się na 15 tysięcy.
Zastanawiam się jak mocno musiałbym być związany z klubem Blackburn, by doceniać styl gry tego zespołu. Jedyną rekompensatą mogłaby być chyba tylko świadomość, że ta fizyczność i schematyczność gry przynosi jakieś skutki, dzięki czemu o punkty walczyć można nawet z takimi zespołami jak Arsenal, Man Utd czy Chelsea.
Tym razem obrona twierdzy „Ewood Park” się nie powiodła. Znajoma „taktyka” została zastosowana raz jeszcze. Sam Allardyce – to trzeba mu oddać – potrafi w każdym klubie zbudować zespół specjalizujący się w grze dłuuuuuga piłką w pole karne rywala. I faktycznie, to tez trzeba oddać Allardycowi, potrafi on zarządzać tym bałaganem, który powstaje pod bramką przeciwnika. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby okazało się, że jego drużyna częściej na treningach główkuje, niż kopie piłkę nogą. Na szczęście „mistrz zarządzania kryzysem” poległ na własnym stadionie. Poległ z tym samym Arsenalem, który „nie potrafi radzić sobie z ficzycznie grającymi zespołami”.
Więc cóż to za drużyna, która przeciwstawiła się tak fizycznemu zespołowi? – chciałoby się spytać. Okazało się, że to ten sam Arsenal (z wymienionym w obronie Gallasem na Koscielnego). To ten sam Arsenal, z którego żartowali sobie niektórzy publicyści, sugerując że wystarczy kopnąć jednego z naszych zawodników, a droga do bramki staje się łatwiejsza.
Wenger sięgnął po skład, który nie był dla nas wielkim zaskoczeniem. No może oprócz posadzenia na ławce Chamakha i wstawieniem do wyjściowej jedenastki Robina. Od pierwszej minuty rozpoczął także Fabreagas, który posadził na ławce Rosicky’ego. Desygnowana drużyna wyglądała na interesującą i dającą nadzieję na korzystny wynik. A jak poszło poszczególnym zawodnikom? Oto moje krótkie spostrzeżenie…
Jeśli zacząć tradycyjnie od bramki, to muszę przyznać, że inaczej niż zazwyczaj oceniam postawę Almunii. To był chyba jego jedno z najlepszych, jeśli nie najlepsze spotkanie od czasów domowego meczu z Barceloną. Nie ukrywam, że drżałem o występ Mauela. Pamiętałem wyczyny Fabiańskiego i metody preferowane wtedy przez rywala. Na szczęście Almunia był wczoraj bezbłędny. Nie zanotowałem ani jednej jego pomyłki, ani jednego niepotrzebnego, nerwowego zachowania. Co więcej, zaimponował mi, gdy w pewnym momencie starł się oko w oko z Dioufem, by po chwili wymachiwać przed nim palcem. To raczej rzadkie i niespotykane wcześniej zachowanie u naszego GK. Takiego Manuela chciałbym oglądać zawsze – zdecydowanego i pewnego siebie.
Kluczowymi postaciami meczu (prócz bramkarza) mieli być dwaj środkowi obrońcy. To oni musieli przejmować siłę ognia wroga, czyli rywalizować w walce o górne piłki. Vermaelen prócz jednego błędu w drugiej połowie (przy przyjęciu piłki) zaprezentował się bardzo dobrze. Tego zresztą po nim oczekiwaliśmy. Spory znak zapytania stał za to przy Koscielnym, który nigdy wcześniej nie miał okazji grać w spotkaniu podobnym do tego. Czytam niektóre komentarze po tym meczu i widzę, że Francuz stracił u wielu zaufanie, swoim błędem przy wyrównującej bramce dla Blackburn. U mnie jednak wciąż znajduje się on na faworyzowanej pozycji.
Głównym argumentem, który ma przemawiać na niekorzyść Koscielnego, ma być ten mówiący o braku siły fizycznej. Za dowód podaje się przegraną akcję przy bramce Dioufa w 27 minucie. Nie ukrywam, że byłoby mi bardzo miło, gdyby Laurent przybrał te kilka kilogramów i stał się nieco potężniejszym obrońcą. Oglądam jednak powtórkę tej bramki i nie jestem pewny, czy te dodatkowe kilogramy, akurat w tym momencie byłyby mu pomocne. Wydaje się, że głównym czynnikiem przemawiającym za przegranym pojedynkiem z rywalem była tam szybkość. Diouf złapał futbolówkę jako pierwszy, więc nawet jeśli Laurent chciałby wtedy potraktować go swą fizycznością (po tym jak on trącił już piłkę), zobaczyłby zapewne żółty kartonik za faul na rywalu. Nie wiem jaki był zamiar Koscielnego w tej ackji (czy myślał, że Diouf ucieknie mu do linii końcowej, czy też chciał wybić piłkę na rzut rożny?). Widać jednak po kierunku biegu rywala, że jeśli będzie przy piłce szybciej, to spróbuje zbiegać z nią w kierunku bramki. Lurent mógłby utrzymać się przy rywalu, pod warunkiem, że zmieniłby kierunek biegu, w stronę pola karnego. To oczywiście nadal jego błąd – jednak w mojej ocenie nie spowodowany brakiem siły fizycznej, ile jego szybkości lub właściwego odczytu zamiaru przeciwnika.
Poza tą jedną sytuacją postawa naszego nowego obrońcy zasługuje na słowa uznania. Bombardowany wysokimi piłkami dawał sobie z nimi radę całkiem nieźle. Szczególnie udaną miał jednak drugą połowę, gdy zaliczył zdecydowanie więcej udanych interwencji w polu karnym niż Vermaelen. Ostatnie minuty meczu (gdy Blackburn nieco przycisnęło) były w jego wykonaniu wyśmienite. Pamiętajmy, że Koscielny rozegrał właśnie swój drugi mecz na wyspach, przeciw jednemu z najtrudniejszych i najbardziej siłowo grających zespołów. Zarówno w pierwszej kolejce (na Anfield) jak i w sobotę (Ewood Park) był w mojej ocenie jedną z wyróżniających się postaci. Trudno znaleźć w Anglii dwa trudniejsze miejsca, w których intensywniej smakować można styl angielskiego futbolu. Laurent przeszedł jednak te testy z pozytywnym wynikiem.
W przypadku Gaela Clichy’ego też muszę dokonać zastrzeżenia co do straconej bramki. W tamtej sytuacji wybitnie nie upilnował swojego zawodnika. Stał przed bramką kilka dobrych sekund nie mając zielonego pojęcia, że zza pleców wybiega mu zawodnik, którego powinien pilnować. Odpowiedzialność za straconego gola rozkłada się również na niego. Poza tym jednym momentem uważam jego występ za bardzo dobry. Raz za razem toczyć musiał pojedynki z ruchliwym Dioufem, który naciskał na niego przy każdej możliwej sposobności. Doświadczenie było jednak tego wieczoru po stronie naszego zawodnika. Uwielbiam jego zwinność, przebojowość i sposób wyprowadzania piłki z własnej strefy boiska: podanie i wyjście na pozycję. Ileż razy niezmordowany biegał do przodu?
Z drugiej strony równie dobre spotkanie zaliczył Sagna. Od początku tego sezonu stanowi on niezwykle wrażliwy punkt naszej drużyny. Mając z przodu przebojowego Walcotta, ma więcej miejsca do zagospodarowania przed sobą. Z Blackburn, po świetnym rajdzie przy linii i wycofaniu do Cesca (sytuacja bliźniacza do gola Diaby’ego w spotkaniu z Blackpool) stał się głównym reżyserem drugiego trafienia dla Arsenalu. W pierwszej połowie zaś wykazał się niebywałą odpowiedzialnością i chłodnym umysłem. Po jednym z rzutów rożnych pod bramką Robinsona, gospodarze ruszyli z kontrą. Sytuacja nie była różowa, bo na skrzydle Clichy walczył z jednym z zawodników Blackburn, zaś w środku pola Sagna, osamotniony pomiędzy dwoma nacierającymi graczami gospodarzy trzymał linię obrony. Dzięki przytomności Baca udało nam się złapać ich na spalonym. Wolę nie myśleć jak potoczyłby się mecz, gdyby w tamtym momencie padł gol na 1-0 dla miejscowych.
Tym razem do gry w pomocy Arsene Wenger desygnował : Songa, Fabregasa i Diaby’ego. Nie tyle byłem zaskoczony obecnością Cesca, ile nową fryzurą Alexa. Nie zamierzam się nawet zastanawiać czy jej obecny wygląd był zamierzony, czy też fryzjer nie do końca zrozumiał intencje naszego zawodnika. Mogę tylko powiedzieć, że z wyglądu przypomina mi teraz moją sąsiadkę (tylko trochę mniej opaloną). Szkoda, bo za nią nie przepadam.
Przed meczem zastanawialiśmy się czy Cesc jest już gotowy do gry w pierwszym składzie. Teraz wiemy, że na mecz z Blackburn gotowy nie był. Zanotował kilka niedokładnych podań i mało spotykanych u niego strat piłki. Wspomagający go Song nie był wcale lepszy. On również dał się poznać od tej gorszej strony. W przypadku Alexa z czasem ta statystyka się jednak poprawiła. Fabregas, najwyraźniej z braku sił musiał opuścić boisko przed 70 minutą. Wątpię by był zadowolony ze swojej gry. Tym bardziej, że na drodze do wpisania się na listę strzelców stanął mu Theo Walcott.
Dla Diaby’ego specjalnie zostawiłem sobie osobny akapit. Oglądając spotkanie „na żywo” wyłapałem oczywiście kilka jego fajnych interwencji. Nerwy nie pozwoliły mi jednak na przyjrzenie się jego grze w pełni. Dopiero dziś, oglądając na spokojnie ten mecz raz jeszcze, mogą powiedzieć, że był w nim wyśmienity. Wygrywał pojedynki w środku pola, uwalniał się spod opieki rywali i celnie podawał. Skuteczność jego podań była najwyższa spośród naszych pomocników i wyniosła 90%. Czekam teraz tylko, by obok Songa, także Abou stał się kolejnym niezwykle cennym i niemal niemożliwym do zastąpienia zawodnikiem środka pola.
Przejdźmy jednak teraz do najlepszego (w mojej ocenie) gracza tego spotkania. Nie wiem jak czuł się Alan Hansen w chwili, gdy po pięknej akcji Arszawina, Robina i Theo, ten ostatni kapitalnym strzałem po długim rogu rozerwał w bramce siatkę. Może utknęło mu w gardle coś co właśnie przełykał (mam taką nadzieję). We wczorajszym „Match of the Day” poużywał sobie Alan Shearer, który w szyderczy sposób wytykał Hansenowi idiotyzmy wygadywane przez niego tydzień wcześniej. I co…? Pan ‘ekspert’, były piłkarz Liverpoolu dalej brnie w swoje dyrdymały o braku piłkarskiego mózgu. Nic to. Mam nadzieję, że przyjdzie w końcu taki moment, gdy ten człowiek zje ze wstydu własną koszulę.
Theo jest w gazie. O jego pewności na boisku niech świadczą strzały w drugiej połowie meczu. Wreszcie poczuł się silny i widać to wyraźnie w jego grze, w sposobie poruszania się i po błyskawicznie podejmowanych decyzjach. Bramka w 20 minucie była prawdziwym popisem jego możliwości. Błyskawiczny start do piłki, zostawienie za sobą obrońcy i silny, precyzyjny strzał, po którym futbolówka wpada do bramki tuż przy słupku. W ten oto sposób, po trzech ligowych meczach Walcott ma na koncie 4 bramki i jest najlepszym strzelcem wicelidera Premier League. Chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę, ze to początek drogi Theo do wielkiej sportowej kariery. Ma on wszak dopiero 21 lat i wizję wspaniałego sezonu przed sobą. Fjo, proszę o więcej.
Nie powinno nas specjalnie dziwić, że drugą bramkę dla naszego zespołu zdobył ofensywny zawodnik na przeciwległym skrzydle. Zarówno Rosjanin jak i Anglik bardzo dobrze pracowali po obu stronach boiska. Grający na środku Robin van Persie zaliczył asystę przy bramce Walcotta, zaś zastępujący go w drugiej połowie Chamakh swoim podaniem do Sagny zapoczątkował akcję przy drugiej bramce. Formacja ofensywna spisała się więc na medal.
Zwycięstwo na Ewood Park jest przykładem na to, że jak się tylko chce, to można. Musimy pogodzić się z faktem, że osiłkami jak Samba, nasi zawodnicy nie będą. Preferujemy inny styl gry niż Blackburn. Nie możemy budować drużyny pod konkretnego rywala, pod rywalizację z dużymi, silnymi facetami. Sztuką jest zachować swój charakter gry i narzucać go innym. Przez spore części wczorajszego meczu, udawało nam się to całkiem skutecznie.
Po zwycięstwie na Ewood Park, łatwiej nam wszystkim patrzyć w przyszłość z optymizmem. Z całą pewnością samoocena drużyny też bardzo wzrosła. Aż żal wysyłać teraz chłopaków na zgrupowania reprezentacji. Kolejne spotkanie z Boltonem (u siebie) moglibyśmy rozegrać siłą rozpędu, z uzasadnioną nadzieją na kolejny korzystny rezultat.
Biorąc pod uwagę fakt, że mamy za sobą trzy ligowe kolejki, a dwie z nich odbyły się na trudnym terenie, to zdobycz 7 punktów jest bardzo przyzwoitym wynikiem. Teraz czas na reprezentacje. Arsenal swój kolejny mecz rozegra dopiero 11 września. Trzymajmy kciuki, by chłopcy wrócili w jednym kawałku.
Tagi:
Alan Hansen,
Blackburn Rovers,
Diouf,
Ewood Park,
Laurent Koscielny,
Manuel Almunia,
podsumowanie,
Premier League,
Theo Walcott