Bądź na bieżąco - RSS

Pamiętne mecze: Arsenal vs Liverpool, 2004

8. Luty 2010 | 1 Komentarz | Wszechmocny

Pamiętne mecze

To mógł być przepiękny tydzień w historii Arsenalu, kiedy to na początku kwietnia w sezonie 2003/04 podopieczni Wengera zmierzali po potrójną koronę. Niestety porażka w półfinale FA Cup z Manchesterem United (03.04.04) i późniejsze dramatyczne spotkanie rewanżowe w ćwierćfinale Champions League z Chelsea (06.04.04) spowodowały, iż Kanonierom do zdobycia pozostała tylko Premiership. Krótko po tych dwóch piekielnie bolesnych ciosach, zawodnicy ‘The Gunners’ znów musieli stanąć pod wielką presją, tym razem w lidze. Na Highbury przyjechał bowiem Liverpool (09.04.04), który rozpaczliwie potrzebował punktów by zapewnić sobie miejsce gwarantujące kwalifikacje do Ligi Mistrzów.

Porażka z drużyną ‘The Reds’ oznaczałaby niezwykle nerwową końcówkę rozgrywek, ponieważ przewaga nad goniącymi nas Chelsea i United znacząco by stopniała. Tak więc gdy po kilku minutach meczu, atakujący z animuszem Liverpool zdobył bramkę za sprawą Samiego Hyypii, nawet największym optymistom przeszły myśli, w których nasz wspaniały sen o mistrzostwie zmierza ku końcowi.

Na szczęście piłkarze Arsenalu nie poddali się. Kilka chwil po straconym golu, Thierry Henry otrzymał podanie od Freddiego i pokonał w sytuacji sam na sam Jerzego Dudka. Sędzia nie uznał jednak gola, gdyż arbiter liniowy dopatrzył się minimalnego spalonego. W 14 minucie spotkania przed niezłą szansą stanął Ljungberg lecz strzał Szweda zdołał na róg sparować goalkeeper rywali. W międzyczasie goście szukali swoich okazji w kontratakach i stałych fragmentach gry, blisko podwyższenia prowadzenia byli Owen, Kewell i Hyypiä.

Po upływie 30 minut Kanonierzy w końcu zdołali doprowadzić do wyrównania. Znakomitą piłkę do Henry’ego zagrał Pires, a ‘Titi’ w swoim stylu wpadł w pole karne i precyzyjnym uderzeniem z lewej nogi umieścił futbolówkę w siatce. Kiedy wydawało się, że kolejne bramki będą strzelać już tylko gospodarze, zawodnicy FC Liverpoolu po raz kolejny uciszyli kibiców zgromadzonych na stadionie. Trzy minuty przed końcem pierwszej połowy Steven Gerrard popisał się fenomenalnym prostopadłym podaniem do Owena, który z zimną krwią wykończył akcję.

Po zmianie stron, nasi ulubieńcy znów musieli rzucić się do odrabiania strat. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Już w 49 minucie po kombinacyjnej akcji Henry-Ljungberg-Pires na tablicy widniał wynik 2-2. Kilkanaście sekund później wydarzyło się coś nieprawdopodobnego. Thierry Henry po otrzymaniu piłki w środku boiska popędził na bramkę Liverpoolu. Nasz snajper dzięki swojej niebywałej szybkości wszedł w defensywę ‘The Reds’ jak w masło i natychmiast przedostał się pod pole karne. Francuz ośmieszył następnie Jamiego Carraghera i wyszedł sam na sam z Jerzym Dudkiem. ‘Król Highbury’ nie zwykł marnować takich sytuacji, dlatego fani Arsenalu mogli cieszyć się z prowadzenia 3-2. Co za trafienie! Jeden z najlepszych solo goli w historii Premier League!

Gracze ‘The Gunners’ dobili rywali w 78 minucie. Hat-tricka skompletował Henry – Francuz dostał tym razem świetne podanie od Bergkampa i z odrobiną szczęścia po raz trzeci w tym meczu pokonał bramkarza Liverpoolu.

Na konferencji prasowej z podziwem o grze Arsenalu, wypowiadał się manager gości Gerard Houllier:

“I thought Arsenal were stunning in the second half. They couldn’t play any better than that. They are a great team. They showed why they are unbeaten in the league and they have got some of the best players in the world.”

arsliveastats

Skrót 1 połowy:

Skrót 2 połowy:

EPL: Chelsea 2-0 Arsenal

8. Luty 2010 | 11 Komentarze/y | Mariusz

Z miejsca muszę przeprosić, że nie potrafię znaleźć w sobie tyle obiektywizmu, ile pozwoliłoby mi napisać neutralny komentarz do naszej obecnej sytuacji. Czuje się zasmucony tym faktem jeszcze bardziej, gdy widzę, że niemal wszyscy z moich znajomych (a więc także kibiców naszego klubu) otwarcie uważają, że nasza walka o tytuł jest skończona. Dziwnie czuję się w tym towarzystwie ze swoją (naiwną?) wiarą w to, co dla innych wydaje być się poza zasięgiem. Czyżbym tak bardzo odjechał od rzeczywistości?

Niełatwo dziś (obok tylu głosów krytyki o rozczarowania) patrzyć pozytywnie i z nadzieją w przyszłość. Nie można się jednak poddawać, skoro szansa wciąż istnieje. Przed nami Liverpool, który notuje ostatnio nieco lepsze wyniki, więc będzie to kolejny trudny sprawdzian. Jednak… jeśli pokonamy The Reds – to w czterech ostatnich spotkaniach zdobędziemy 4 punkty. Pamiętam doskonale, jak wielu kibiców wspominało, iż 7, a nawet 6 oczek to dla nich wynik godny zaakceptowania w tym krótkim maratonie meczów. Jeśli weźmiemy pod uwagę remis Hull City z Chelsea, okazuje się, że wcale nie musimy w tym okresie tak wiele stracić, jak się nam wydaje.

Nie jestem jednak aż tak wielkim idiotą, by stwierdzić, że wszystko jest doskonałe. Wczorajszy mecz był o tyle rozczarowujący, że pierwszy poważny błąd pojawił się już w 7 minucie meczu. Co gorsza, zamieniony został przez rywala od razu na bramkę. Stałe fragmenty gry już od jakiegoś czasu prześladują nas w meczach przeciw Chelsea. Niestety tym razem koszmary powróciły. Piłka zgrana głowa przez Terry’ego na długi słupek padła ofiarą Drogby, który niekryty wepchnął ją do bramki z odległości… 50 centymetrów.

Jeśli przyjrzymy się powtórkom, zobaczymy co robił wtedy Clichy. Tuż przed wykonanym kornerem opuścił swoja pozycję, stając… przed Almunią. Co chciał przez to osiągnąć? Nie mam pojęcia. Song odpowiadał w tej akcji za Grogbę. Biegał za graczem WKS po całym polu karnym i krył go doskonale, ale tylko do momentu. Gdy Alex zobaczył, że piłka nie zmierza w jego kierunku, a w stronę Terry’ego zupełnie zapomniał o swoim zawodniku, zostawiając go niekrytego, tuż przed nasza bramką. Efekt znany jest nam wszystkim.

Zdaję sobie sprawę, jak musieli czuć się wtedy wszyscy fani naszego zespołu. Siedem minut i jebut – frustracja powróciła w całej okazałości. Operatorzy pokazali wtedy ławkę Arsenalu, gdzie Wenger (myślę, że podobnie do nas) wił się i wściekał przy linii bocznej, nie oszczędzając także czwartego sędziego.

Ruszyliśmy odważniej do przodu. Przyznam, że serce mi rosło, gdy widziałem nasze ataki, które z minuty na minutę wyglądały coraz bardziej obiecująco. W końcu dostaliśmy swoją szansę. Fabregas posłał długa, wprost idealną piłkę do nieobstawionego w polu karnym Arszawina. Rosjanin przymierzył z pierwszej piłki, lecz Cech był na tyle dobrze ustawiony, że wybronił ten strzał nogą. Znów pozostają nam tylko przypuszczenia i domysły – co by było gdyby… Andriej znów stał się graczem włączonym do akcji, która miała (być może) kluczowe znaczenie dla dalszych wydarzeń na boisku. Tym razem jednak zrobił chyba tyle, ile mógł. W trudnej sytuacji uderzył czysto, z pierwszej piłki i w światło bramki.

W 23. minucie meczu przypomniał mi się mecz sprzed tygodnia, gdy kontry jedna za drugą wiązały nam nogi i przyprawiały o mocniejsze bicie serca. Budowaliśmy kolejny atak przed polem karnym gospodarzy. Fabregas z Arzawinem i Songiem próbowali przedrzeć się w pole karne Cecha. Po stracie piłki z naszej strony, The Blues jednym podaniem na środek boiska uruchomili Lamparda. Reprezentacyjny pomocnik popędził z piłka kilkadziesiąt metrów i widząc po prawej stronie miejsce dla Drogby – posłał do niego piłkę. Resztę wykonał już sam gracz WKS, mijając Gaela i strzelając przy asyście Vermaelena, obok bezradnego Almunii.

Trudno mi wyrokować kto popełnił w tej sytuacji większy błąd: Thomas czy nasz lewy obrońca? Z całą pewnością brakło komunikacji. W pierwszej fazie akcji wyglądało na to, że Vermaelen będzie pilnował Drogby do końca, stąd zapewne reakcja Clichy’ego, by asekurować środek. Choć z drugiej strony Francuz nie wyglądał na człowieka, który byłby zdecydowany zabrać się za krycie któregokolwiek z nadbiegających rywali. Belg zszedł więc do środka z myślą, że przekazuje Drogbę Clichy’emu.

To jednak jeszcze nie koniec kłopotów, bo fakt, że napastnik Chelsea znalazł się z piłką po prawej stronie pola karnego, nie oznaczało jeszcze, że musi paść z tego bramka. Nasi defensorzy wciąż mieli szansę na zatrzymanie rywala. Clichy poszedł jednak „na raz”, a Vermaelen „zdublował” chyba jego pozycję, dzięki czemu Drogba miał prostą drogą do zbiegnięcia na środek i strzał lewą nogą.

W kwestii Didiera Drogby nie ma chyba wątpliwości. Jest on naszym katem idealnym. Pewnie będzie śnił mi się po nocach, jako główny bohater moich koszmarów. Na Twitterze jeden z blogerów rzucił sugestię godną rozważenia: „Powinniśmy wydać każde możliwe pieniądze, by kupić Drogbę do Arsenalu. Nie po to by nim grać. Zwyczajnie kupić go i gdzieś ukryć”. Wenger na konferencji powiedział tylko, że napastnik z WKS przypilnował swojego rekordu z Arsenalem:

Drogba has respected his record today, unfortunately for us.

W podsumowaniu kolejki, w analizie dla „Match of the Day” świetnie przedstawiono sposób, w jaki Arsenal starał się rozgrywać piłkę pod polem karnym gospodarzy. Chelsea zamurowała się przed własną bramką i broniąc sześcioma graczami, nie dopuszczała nas we własne pole karne. Naszym błędem było pchanie się i próba rozegrania piłki krótkimi podaniami na skraju 16. metra. Nie było tam za wiele miejsca. Nawet Fabregas w owym omówieniu w MotD został „złapany” w sytuacji gdzie, zamiast wybrać opcję podania do niekrytego Clichy’ego po lewej stronie, zdecydował się na zagranie między defensorów Chelsea (bodaj do Arszawina).

Inną kwestią pozostaje gra na prawej stronie z Sagną. Szczególnie w pierwszej połowie spotkania, nasz RB nie decydował się na rajdy, łamanie akcji do środka, podania po ziemi… Regularnie zaś posyłał centry w okolice 5-9 metra. Ponieważ Arszawin nie ma większych szans w walce z Terrym, a tym bardziej z wybiegającym Cechem – to efektu mogliśmy się za każdym razem spodziewać dokładnie takiego samego.

Chyba najznakomitszą sytuacją była dla nas akcja (jednak środkiem) gdy Song podawał prostopadle do Nasri’ego, a Francuz znalazł się w pozycji sam na sam z bramkarzem Chelsea. Zamiast strzelać, zastanawiał się chyba czy nie lepiej byłoby podać na prawo do Walcotta. Finał tych rozważań był taki, że stracił on piłkę i tym samym szansę na zdobycie bramki. Znów zaprzepaściliśmy możliwość dającą nadzieję na wywalczenie choćby remisu.

Wejście Bendtnera raz jeszcze dało nam oddech z przodu. Duńczyk po powrocie z kontuzji wygląda już nieco lepiej. Porusza się swobodniej, lepiej panuje nad piłką i jest zwinniejszy. W jednej z pierwszych akcji wywalczył górną piłkę, po czym został powalony przez Carvalho tuż przed polem karnym. Fabregasowi tym razem nie udało się pokonać bramkarza po uderzeniu z rzutu wolnego i wynik do końca spotkania nie uległ już zmianie.

Nie mogę nie zwrócić uwagi na naszą postawę, po tym jak na tablicy wyników zaświeciła się „dwójka”. Byliśmy innym zespołem niż przed tygodniem. Graliśmy naprawdę fajnie i nikt nie może odmówić naszym chłopcom walki. Walki, pomimo bardzo niekorzystnego wyniku i nikłych szans na zmianę rezultatu. Chelsea faktycznie cofnęła się pod swoje pole karne w oczekiwaniu na ew. kontry. Zastosowali więc taktykę bliźniaczą do tej zaprezentowanej w podobnych okolicznościach przez Fergusona. Tym razem pilnowaliśmy tyłów lepiej i szybkie akcje gospodarzy już nas tak nie nękały. Pracowaliśmy naprawdę ciężko i niewiele brakowało, byśmy mieli tego efekt, w postaci gola.

Wenger na pomeczowej konferencji prasowej przyznał nawet, że jest całkowicie zadowolony z ducha drużyny i tego, co zaprezentowaliśmy na boisku. Zareagowaliśmy według niego tak, jak powinniśmy byli zareagować tydzień wcześniej przeciw Man Utd. Wciąż jednak na początku meczu wyglądamy na niepewnych:

I am completely happy with our performance and the spirit we have shown. For me, as much as we didn’t turn up against Manchester United, today we had the expected performance. We were still a bituncertain at the start of the game.

Wedle Bossa przez całe spotknaie prowadziliśmy na tyle dobrą grę, by móc wrócić do walki strzelonym golem. Trzeba jednak oddać Chelsea, że bronili naprawdę świetnie. Ich drużyna posiada doświadczonych zawodników. Kiedy wychodziliśmy z kontratakiem, potrafili delikatnie sfaulować w taki sposób, by przerwać grę. Były to jednak faule, które nie kwalifikowały się na żółte kartki. Znają sztuczki i zagrania, które charakteryzują doświadczonych zawodników – używali ich wczoraj bardzo dobrze. Staraliśmy się zrobić wszystko, by strzelić choć jedną bramkę. Ostatecznie, gdy drużyna przegrywa w takich okolicznościach, musisz zwyczajnie przyznać, że rywal był lepszy:

I always thought we would come back, I always had that feeling today. But you have to give them credit, they defended very well, they are very experienced at the back. They make the foul at the right time when they are caught on the counter-attack. The little push with the shirt, it is not enough to get a yellow card. They have a lot of tricks of a very experienced team and they do that very well. Overall we tried very hard today and the team gave absolutely everything. Sometimes when you lose you have to acknowledge that with your team.

Boss zapytany czy to już koniec naszej walki o tytuł odrzekł, że co prawda nie jesteśmy w najlepszej pozycji, ale z całą pewnością się nie poddamy. Mamy pecha, że musimy zmierzyć się z trzema najsilniejszymi zespołami Premier League w 3. meczach z rzędu. Z psychologicznego punktu widzenia porażka w jednym ze spotkań ma mentalny wpływ na przygotowania do kolejnego meczu:

I feel that we are not in the best position but we will not give up. We were a bit unfortunate as well in the same period to play Manchester United, Chelsea and Liverpool on the trot. If you lose one game if is very difficult with the psychological implications for the next game.

Niestety, tak jak przed Chelsea, tak samo przed Liverpoolem zanotowaliśmy przegrany mecz. Musimy jednak mieć w głowie świadomość, że najtrudniejsze spotkania w lidze będą już za nami. Do końca sezonu pozostaną nam mecze z niżej notowanymi drużynami. To wciąż szansa na odrobienie punktów do liderującej dwójki. Skoro udało się odrobić kilkanaście punktów z grudnia to dlaczego nie spróbować zrobić tego samego z 9 punktami?

Wczorajszy pojedynek przegraliśmy w moim odczuciu indywidualnymi błędami. Zespół wyglądał już znacznie lepiej niż przed tygodniem. Lepiej, pomimo tego, że rywal wydawał się być silniejszym, a Stamford Bridge wyjątkowo trudnym terenem. Teraz czas na Liverpool. Nie pozostaje nam zbyt wiele dni na wypoczynek i zebranie sił na środę. Tak jak zaznaczyłem na początku: wciąż jest o co grać. Zwycięstwo nad Benitezem może być kluczowym momentem tego sezonu. Z chęcią zobaczyłbym Bendtnera od początku. Musimy zagrać jak o życie. Mając na uwadze fakt, że mamy przed sobą „wolny” tydzień przed kolejnym spotkaniem (w LM z Porto), nie musimy oszczędzać się i rotować składem.

Dane meczu:

Skrót meczu:

Tagi: , , , , , , , , , ,

Przed EPL: Chelsea vs Arsenal

7. Luty 2010 | 9 Komentarze/y | Mariusz

Zasiadam w dzisiejsze południe przed komputerem z pytaniem: co ja tak właściwie miałbym napisać przed tym meczem? Odnoszę wrażenie, że tak naprawdę wszystko jest niemal jasne, przejrzyste a reguły gry dla wszystkich klarowne. Dokładnie przed tygodniem, o podobnej porze, pisząc na tym blogu przed spotkaniem z Man Utd, byłem sam zaskoczony własnym spokojem i jakimś przeświadczeniem, że tamten wieczór zakończy się bardzo przyjemnie.

Myślę, że nie jestem dziś odosobniony w odczuciu, iż w ciągu zaledwie 7 dni nastroje kibiców uległy całkowitemu zwrotowi. Tak jak przed tygodniem mało kto dopuszczał do siebie myśl o porażce (i to po stracie 3 goli na własnym stadionie) o tyle dziś, proporcjonalna liczba osób wierzy w nasze zwycięstwo i deklasację The Blues. Remis na Stamford Bridge jawi się dla wielu fanów Arsenalu jako wynik, który wzięliby w ciemno.

Nie bierze się to jednak z powietrza. Nasza całkiem niezła skuteczność w ostatnich meczach, wyraźnie wyhamowała w spotkaniach z czołówką ligi. W potyczkach z Villą i United strzeliliśmy tylko 1 gola, którego autorem był środkowy obrońca. Dorzucając do tego błędy popełniane w formacji defensywnej – otrzymujemy obraz ostatnich kilkunastu dni.

Po chwili namysłu dochodzę jednak do wniosku, że winę za ostatnie zwątpienie i myślenie w negatywnych barwach zrzucić należy na barki ostatniego meczu. Był to tak wielki cios dla nas wszystkich, że do dziś odczuwamy jeszcze ból związany z ostatnią niedzielą. Nasza sytuacja mogłaby być jeszcze trudniejsza, gdyby nie Hull City i zaskakujący rezultat 1:1, który odebrał Chelsea 2, niemal już dopisywane na ich konto punkty. Ten wynik ożywił i tchnął wiarę nie tylko w naszych fanów, ale chyba także w naszą drużynę.

Zespół Ancelottiego w wyjazdowym meczu z Tygrysami zmierzył się w poniższym składzie:

Chelsea w styczniu bieżącego roku rozegrała 5 spotkań, w których zdobyła aż 19 bramek. Jednak ostatnie dwie ligowy potyczki naszych dzisiejszych rywali mogą zastanawiać. 30 stycznia niemal wyrwali 3 punkty ekipie Burnley. Nie udało się tego powtórzyć w miniony wtorek, gdy zremisowali 1:1 z inną, walcząca o utrzymanie ekipą – Hull City. Kanonier mógłby traktować te wyniki jako zapowiedź słabszej formy rywala i z jeszcze większą nadzieją wyczekiwać dzisiejszego spotkania. Szkopuł jednak jest taki, że ostatnie dwie „męczarnie” miały miejsce w wyjazdowych spotkaniach – na Turf Moor i równie trudnym stadionie Hull City.

Na własnym obiekcie Chelsea nie przyzwyczaja kibiców do porażek i zbyt częstych strat punktowych. Wystarczy wspomnieć, że Stamford Bridge pozostaje niezdobyte od 30 listopada 2008 roku. Ostatni raz The Blues zostali pokonani na własnym stadionie przez… Arsenal. Dla przypomnienia wrzucam skrót z tamtego meczu.

Można potraktować ten znak jako iskierkę dającą nadzieję przed dzisiejszym meczem. Nieco ona przygasa, gdy spostrzeżemy, że oba gole zdobył wtedy Robin van Persie, który z powodu kontuzji jest wyłączony z dalszej części sezonu.

Nie oszukujmy się jednak. Bardziej niż wynik z końca 2008 roku tkwi nam w głowach ostatni pojedynek między tymi zespołami z Emirates Stadium. Powtórzyliśmy wtedy fatalny wynik z końca sezonu 2008/09, gdy także tracąc 3 bramki, przegraliśmy z nimi na własnym stadionie.

Bilans naszych spotkań jest dla nas korzystniejszy. Nieco inaczej wygląda on jednak, gdy za punkt wyjściowy przyjmiemy datę przejęcia klubu przez rosyjskiego oligarchę. Ostatnie lata pokazują jak zacięte spotkania toczą między sobą oba stołeczne zespoły.

Nie jest żadną tajemnicą, iż zawodnikiem, który regularnie karci nas przy każdej sposobności, jest Didier Drogba. Jeśli dobrze pamiętam, to może on pochwalić się nieprawdopodobnym rekordem w meczach przeciwko Arsenalowi. Występując w 11 spotkaniach przeciw ekipie Wengera, wpisał się na listę strzelców aż 10 razy. Dla niego nie jest ważne, czy musi grać przeciw Toure, Senderosowi, Gallasowi czy Vermaelenowi. Najzwyczajniej Arsenal „mu leży” i jak nie kopnąłby piłki w stronę naszej bramki, ta zawsze znajdzie drogę do siatki.

Ancelotti jest dziś chyba mniej spokojny i pewny o wynik, niż miało to miejsce przed tygodniem. Po drodze wydarzyło się kilka rzeczy, które nie ułatwiają temu szkoleniowcowi pracy z zespołem i spokojnym podejściu do dzisiejszej potyczki. Prócz rozczarowującego remisu z Hull, spore zamieszanie zrobiła afera, jaka rozpętała się wokół kapitana niebieskich – Johna Terry’ego. Na dodatek wczorajsze wysokie zwycięstwo Manchesteru Utd zepchnęło Chelsea na pozycję wicelidera tabeli. Stawia to na gospodarzach niedzielnej potyczki dodatkową presję. Zwycięstwo i powrotu na pierwsze miejsce w tabeli – to jest na dziś zadanie stawiane przed ta drużyną.

Czy sytuacja, w jakiej znajdują się dziś rywale, może dać nam jakieś dodatkowe atuty? To całkiem możliwe. Jest to chyba już jakąś zależnością, bo od kiedy pamiętam, im bardziej się denerwowałem i stresowałem przed meczem, drżąc o jego końcowy rezultat, tym częściej widziałem z naszej strony popis bardzo dobrego futbolu popartego korzystnym wynikiem. Przyznaje, że moje zdenerwowanie narasta szczególnie wtedy, gdy przychodzi nam grać z silnymi ekipami w momencie naszej słabszej dyspozycji.

Wygląda więc na to, że zdecydowanie lepiej czujemy się w roli swoistego „przegranego”, gdy presja zwycięstwa spoczywa na naszym rywalu. Nasi piłkarze czują się chyba swobodniej i są w stanie pokazać więcej, gdy spisywani jesteśmy niejako na straty, a oczekiwania wobec naszego zespołu ograniczają się do „nie przegrania”. Tak jak dzieje się to dziś.

Gdy patrzymy na nasz skład, zastanawiamy się, kogo możemy przeciwstawić silnym i wysokim graczom Chelsea. Ze zrozumieniem wyczekujemy informacji na temat Bendtnera i Diaby’ego. Wenger mówi, że Duńczyk nie jest jeszcze w pełni gotowy do gry, więc możemy oczekiwać, iż usiądzie on na ławce rezerwowych. Diaby miał przejść wczoraj testy, które ostatecznie przesądzić miały o jego ewentualnym występie. Nadal nie będziemy mogli skorzystać z Eduardo i Carlosa Veli. Do składu wracają zaś Walcott i Campbell:

Diaby is not yet back in normal training.
He progresses very well but we will still have to wait until Saturday. He is a maybe. Campbell is back in squad, Eduardo is already ruled out.
We still have Carlos Vela out too. Apart from that [there are no more changes from last Sunday]. Theo is back and available. Diaby is the question mark we have. All the others are longer term injuries.

Gdybym miał podjąć się doboru wyjściowej jedenastki, to przewidywałbym, że zagrają:

Bramka to oczywiście Almunia, do którego zwyczajnie trzeba się przyzwyczaić (na marginesie: “Telegraph” sugeruje, że niedomkniętym transferem w ostatnim dniu okienka miał być Thomas Sorensen)
W obronie stała obsada: Sagna, Gallas, Vermaelen, Clichy.
Pomoc to zestaw w składzie: Fabregas, Song i Ramsey/Denilson.
W ofensywie najprawdopodobniej zobaczymy Rosicky’ego, Arszawina i Nasri’ego.

Gdyby zdrowie Diaby’ego pozwalało na wystawienie go od pierwszych minut, bez ryzyka odnowienia się kontuzji – zdecydowanie polecałbym to rozwiązanie. W innym wypadku skłonny bym był do rozpoczęcia meczu z Aaronem. Denilson zupełnie nie przekonuje mnie swoimi ostatnimi występami. Nie jestem pewny, czy jest w stanie dać nam to, czego najbardziej dziś potrzebujemy.

Rzeczą oczywistą jest nasza obawa o stałe fragmenty gry. Dwójka środkowych obrońców to zbyt mało, by przeciwstawić się im w walce o górne piłki. Brak Bendtnera i Diaby’ego może być w tym elemencie nad wyraz widoczny. Gospodarze zapewne znają nasze słabe strony i nie zawahają się by bombardować nas wysokimi, długimi czy jakimikolwiek innymi piłkami wstrzeliwanymi w nasze pole karne. Almunia może być dla nich gwarantem niepewności i nadzieją na popełnienie błędu przez naszą defensywę. Także Clichy nie może zaliczyć ostatnich meczów do udanych. Będzie więc zmuszony do intensywnej walki z rywalami. Z cała pewnością nasz LB zostanie przetestowany niejednokrotnie.

Jestem bardzo ciekawy, w jaki sposób będzie chciał grać Ancelotti. Czy jego drużyna rzuci się na nas od pierwszej minuty i spróbuje zdominować środek pola, czy też bierze on pod uwagę spokojną grę z tyłu i nastawianie się na kontry, które w tym sezonie są dla nas zabójcze ze strony naszych rywali?

To ważny mecz. W zależności od tego czy wygramy, czy przegramy, nasza sytuacja przed środowym spotkaniem z Liverpoolem może wyglądać diametralnie różnie. Liczę więc, że Wengerowi uda się dostroić chłopaków w odpowiedni sposób i rozegramy dobre spotkanie, zakończone choćby tą jednopunktową zdobyczą.

Tagi: , , ,
  • O autorze:

    Procedurze Arsenalizacji poddaję się skutecznie od około dziesięciu lat. Ten proces trwa nieustannie. Mam nadzieję, że będzie trwał jeszcze długo. Moim celem jest:
    - zdobywanie informacji o Klubie
    - dzielenie się tymi informacjami
    - poznawanie opinii innych Kanonierów
    - dzielenie się swoimi opiniami
    - wymiana poglądów

    Jeśli Ty także chcesz być poddany procesowi Arsenalizacji - zapraszam.

  • Ja na Twitterze: