UCL: Arsenal 5 – 0 Porto

Arsenal 5-0 Porto
(Bendtner 10′, 25′, 90′(pen), Nasri 63′, Eboue 66′)
Liczby meczu | Skrót: 1. połowy, 2. połowy | Komentarz Wengera
Jako kapitan, nikt nie potrafi poprowadzić Arsenalu do zwycięstwa tak jak Hiszpan. Kiedy brakło Fabregasa, całą odpowiedzialność wziął na siebie Almunia. Pod dowództwem naszego Manuela zmietliśmy Portugalczyków z boiska. A ujmując rzecz nieco poważniej, muszę przyznać, że po takim spotkaniu niesprawiedliwością byłoby wytykać któremukolwiek z naszych piłkarzy jakiekolwiek błędy. Opaska kapitańska na ramieniu Manuela zadziałała niczym szczęśliwa maskotka na maturze. Nasza defensywa była świetna (choć przyznaję, że w pierwszej połowie Campbell podniósł mi ciśnienie dwukrotnie).
Pierwsze minuty były niczym miód na me serce. Zgnietliśmy ich od samego początku. Porto wyglądało jak bokser, który dostał solidnego sierpa w 16. sekundzie pierwszej rundy i ostatnią rzeczą, o jakiej myślał to zebrać się do ataku. Naparliśmy więc na nich i okładaliśmy seriami potężnych ciosów. W końcu pękli za sprawą trójkowej akcji Samira, Andrzeja i Nicka. Zdobyty (przez Porto) przed 3 tygodniami gol nr 2 odbił im się czkawką. Tym razem sędzia był po naszej stronie i nie odgwizdał pozycji spalonej Arszawina. Potem widzieliśmy świetne prostopadłe podanie Nasri’ego, Rosjanin nie dogonił piłki, lecz Bendtner znów(!) był we właściwym miejscu i wykazał się przytomnością umysłu.
Dominacja Kanonierów nie ustępowała. Wcześnie strzelony gol był tym, na czym nam najbardziej zależało. Od tego momentu, to goście musieli gonić wynik, bo byli za burtą CL. Arsenal stwarzał kolejne szanse, aż wreszcie dopiął swego. Druga bramka to właściwie w 99% dzieło Arszawina. W swoim stylu wjechał z piłką w pole karne i mijając kolejnych zawodników, wyłożył ją Bendtnerowi jk na tacy. Pierwsza połowa skończyła się naszym prowadzeniem 2:0 i nie miałem prawa narzekać ani na wynik, ani na naszą grę.
Moje dobre samopoczucie przygasło na chwilę z początkiem drugiej połowy. Rywale zorientowali się chyba, że wciąż tylko 1 gol dzieli ich od ewentualnej dogrywki i ewentualnych rzutów karnych. W loterii jedenastek mieliby jeszcze jakąś szansę, bo na doprowadzenie do remisu liczyć raczej nie mogli. Zerwali się więc do ataku i przyznaję, zacząłem się nieco niepokoić. Strzał Falcao na szczęście trafił wprost w ręce Almunii; uderzenie głową któregoś z graczy Porto zgarnął ustawiony przy słupku Nasrii, a mocne dośrodkowanie Hulka na wysokości 5. metra nie znalazło nogi żadnego z graczy w niebieskich strojach.
Kiedy zaczynałem się w sobie spinać, a moja noga poczęła nerwowo podrygiwać, całkowicie uspokoił i rozluźnił mnie Nasri. To, co ten chłopak zrobił w 64 minucie meczu, było nieprawdopodobną akcją okraszoną kapitalnym golem. Dostał piłkę po prawej stronie boiska i nic sobie nie robiąc, wbiegł z nią między trzech graczy Porto. Potańczył między tym trio, ośmieszył ich, po czym z ostrego kąta zapakował z pełną siłą po długim rogu, tuż obok zdziwionego Heltona. Cudo!!! Pech chciał, że akurat na sekundy przed tą bramką mój stream padł jak zdechły pies i przez kilka kolejnych minut walczyłem z przywróceniem go do życia (ominęła mnie więc kolejna bramka Eboue). Nadrobiłem to jednak tuż po meczu, ściągając sobie plik wideo z trafieniem Samira i zapatrzyłem się w niego przez kilkanaście kolejnych minut. Wiem, że w tym sezonie strzeliliśmy masę świetnych bramek, ale ten gol z całą pewnością może być faworytem na bramkę roku.
Gdy kibice Arsenalu poczynali rozsiadać się w fotelach z uśmiechem na twarzy, mając świadomość, że 3:0 jest wynikiem, gdy można otworzyć piwko i w końcu rozkoszować się meczem – mogli czuć się zaskoczeni, gdy wracając z kuchni, ze zmrożonym napojem, spostrzegli, że owe 3:0 jest już nieaktualnym rezultatem.
Ponieważ nasza siła ofensywna jest tak ogromna, że niewielu odważa się grać przeciw Arsenalowi otwarty futbol, możemy być tylko zawiedzeni faktem, że nie mamy tak częstych możliwości oglądania równie spektakularnych kontrataków. Arszawin popędził w piłką jak Walcott przed rokiem na Anfield. Tym razem na dole ekranu wyłonił mi się zapieprzający na maksa Eboue (a nie jak wtedy Andrzej). Zrozumienie pod polem karnym obu naszych piłkarzy przypomniało mi czasy Piresa, Henry’ego i Bergkpampa. Idealne wypuszczenie Buły i gol. Wenger ze zrozumiałą ekspresją wariował przy linii bocznej.
Ostatnie 20 minut meczu upływały bardzo przyjemnie. Rozkoszowałem się każdą sekundą, bo nie często dane jest mi w taki sposób kończyć mecze Kanonierów. Po otrzymanych mailach i sms-ach wiem, że nie byłem osamotniony w tym odczuciu. Na koniec dostaliśmy wisienkę na torcie – rzut karny, który wykorzystał Bendtner i zapisał na swoim koncie pierwszy hat-trick w karierze.
Zerknąłem jeszcze na chwilę w wypowiedzi naszych rywali przed wtorkowym meczem. Niektóre buńczuczne zdania o zwycięstwie na Emirates brzmią teraz co najwyżej śmiesznie. Nie chodzi nawet o wynik, ale o fakt, że Porto z tą grą, jaką zaprezentowało na tle Kanonierów, nie miało prawa liczyć nawet na remis. Chłopcy portowcy najwyraźniej nie dostrzegli faktu, że już pierwsze spotkanie tej rundy było wyznacznikiem możliwości obu drużyn. Chłopcy portowcy widocznie nie skojarzyli, że obie bramki i w efekcie zwycięstwo na własnym stadionie zawdzięczali błędowi Fabiana i niezrozumiałej decyzji sędziego. Wtorkowy wieczór w Londynie całkowicie obnażył klasę obu drużyn.
Słówko jeszcze w odniesieniu do rywali, a właściwie do jednego szczególnego rywala… Grał u nich taki specyficzny jegomość o nazwisku Fucile. Koleś podpadł mi już w pierwszym spotkaniu, gdy ekspresyjnie rzucał się do naszych piłkarzy (o ile dobrze pamiętam, miał chyba starcie z Fabregasem). W rewanżu znów dał się poznać jako „lepszy cwaniak z podwórka obok” co zademonstrował swoją postawą wobec Gaela. Ten cały Fucile, tak mocno zaangażował się w pokrzykiwanie na Kanonierów, że zapomniał, po co trener wystawił go na boisko. Gdy oglądam powtórki bramek i widzę jego wymierny udział przy czterech golach, traktuję to jako dodatkowy bonus tej świetnej wtorkowej uroczystości na Emirates Stadium. Pocieszny chłopiec.
Przed meczem postawiłem sobie pytanie, na które miałem dostać odpowiedź po końcowym gwizdku. Odpowiedź musi być więc jednoznaczna: Obecna drużyna, ta sama, która przejechała się po Porto, w której brakło Fabregasa, van Persie’go i Gallasa, udowodniła, że należą się jej największe słowa uznania. Na moich oczach, w ciągu raptem jednego sezonu, zespół Arsenalu poczynił ogromne postępy. Nigdy w życiu nie pomyślałbym, że bez tej trójki wymienionych graczy, bylibyśmy w stanie pokonać Porto w podobnym stylu. To (zaawansowane już) dzieło Wenger, jest przykładem futbolu harmonijnego. Pracowaliśmy tego wieczoru i wygraliśmy ten mecz zespołowością i harmownią.
‘Victoria Concordia Crescit’
Niezwykle trudno byłoby mi wskazać zawodnika, który wyrósłby zdecydowanie ponad pozostałą grupę i był oczywistym kandydatem na gracza meczu. Bo czy do tego wyróżnienia nie może konkurować Nasri ze swoim kapitalnym występem, fenomenalną bramką i cudownym podaniem przy pierwszym golu? Czy Arszawin wjeżdżający w defensywę Porto jak w masło, nie powinien być odznaczony tytułem MOTM? Czy po frustrującym sobotnim meczu, wtorkowy hat-trick Bendtnera jest czymś mniej znaczącym? Czy kapitalna postawa Vermaelena i jego „zero z tyłu” nie jest okazem wyjątkowości jego występu? Można by tak wymieniać dłużej, świetny występ Diaby’ego, Clichy’ego czy Sagny.
‘Victoria Concordia Crescit’
Zrelaksowany, rozluźniony i uśmiechnięty, cieszący się słonecznym dniem, będę dziś (a także w przyszłym tygodniu) spoglądał na pozostałe mecze Ligi Mistrzów i przyglądał się naszym potencjalnym rywalom w kolejnej rundzie. Środę poświęcę jeszcze na degustowanie zwycięstwa. Od czwartku nastąpi jednak pełne skupienie przed sobotnim meczem z Hull. Zapewne nie tylko ja przeczuwam, że tym razem nie będzie nam dane przeżywać podobnej błogiej radości, jak miało to miejsce we wtorkowy wieczór.
Tagi: Andriej Arszawin, Champions League, Emmanuel Eboue, FC Porto, Nicklas Bendtner, podsumowanie, Samir Nasri







