EPL: Arsenal 0-3 Chelsea

Przede wszystkim chciałbym przeprosić za spóźniony tekst i okrojony nieco w swej formie. Zrzucam wszystko na barki mojego dostawcy internetu, który zrobił sobie dziś wolne i od rana nie raczył mnie dostępem do sieci. Na szybko więc spisałem pierwsze ważniejsze myśli i je opublikowałem. Wychodzę z założenia, że lepiej w ten sposób niż w ogóle – jutro będą nowe tematy do analizy.
Ten weekend był dla mnie rozczarowujący z kilku powodów. Przede wszystkim wynik spotkania. Porażka na własnym stadionie 0:3 nigdy nie jest sprawą przyjemną. Tym gorzej, jeśli wynik przypomina ci mecz sprzed kilku miesięcy. Mecz będący apogeum naszej rozpaczy minionego sezonu. Rozczarowanie mieszające się ze smutkiem, towarzyszyło mi także w trakcie meczu. Stan ten objawiał się w chwili, gdy znajdowaliśmy się przed polem karnym Chelsea i nijak nie potrafiliśmy znaleźć sobie drogi do bramki Cecha. Dobijające były także zdjęcia pokazujące pustoszejący stadion na 7 minut przed dziewięćdziesiątą minutą meczu. Wiem, że powinienem się do tego przyzwyczaić – widuję przecież te obrazki tak często… no ale tym razem jakoś mnie to mocniej tknęło. Na koniec tej serii rozczarowań i smutków dobiły mnie komentarze kibiców na polskich (i nie tylko) forach Arsenalu.
Musimy przyznać to otwarcie – nie jesteśmy obecnie zespołem, który odważnie, z pewnością siebie, poukładany i zdeterminowany kroczy ku zwycięstwu w lidze. To gracze Ancelottiego wyglądali na boisku na pewnych siebie, przeświadczonych, że nakreślona taktyka przez trenera przyniesie oczekiwany efekt. Skupieni byli głównie na wypełnieniu nałożonych na nich zadań taktycznych. Postawili na defensywę, co okazało się najlepszym rozwiązaniem. Gdy zbliżaliśmy się pod bramkę Cecha, zostawiali nam nieco miejsca po bokach, skupiając się głównie na obronie przed własnym polem karnym. Wiedzieli, że nasze dośrodkowania wielkich kłopotów sprawić im nie mogą. Bardziej obawiali się rozegrania piłki na 20-30 metrze i wrzucenia jej prostopadle w pole karne – tutaj wykonywali największą robotę w defensywie.
Frustrujące mogły być także wysokie, długie centry Sagny, które lądowały na głowach Terry’ego czy Carvalho. Rozwiązaniem mogłyby być dośrodkowania w stylu tych, jakimi popisał się przy golach Ashley Cole. Musiałoby to być jednak zgrane z naszymi ofensywnymi zawodnikami. Tymczasem ani Eduardo ani Arszawin nie wybiegali na krótki słupek, a czekali głęboko między środkowymi obrońcami Chelsea. Nie tu jednak upatrywałem naszej szansy na zdobycie gola. Liczyłem bardziej na szybkie rozegranie piłki, niekonwencjonalne podanie, lub ewentualnie próby strzału zza pola karnego. Brakowało mi często większego ruchu z przodu, by gracz z piłką miał szersze pole manewru przy wyborze podania.
Każdy przed spotkaniem wiedział, że fizycznie ciężko będzie dorównać Chelsea w walce o górne piłki. Upatrywałem naszej szansy w błyskotliwej grze po ziemi, gdzie naszym podstawowym sprzymierzeńcem byłaby technika naszych piłkarzy. Kilka razy otarliśmy się o szansę na zdobycie gola. Mam tu na myśli te dwa lub trzy podania do Eduardo. Chorwat ewidentnie nie jest w formie, jaką prezentował przed kontuzją. Za każdym razem, gdy znajdował się w sytuacji na oddanie strzału, szukał swojej silniejszej nogi. Wystarczy, że wspomnę nasze zwycięstwo 2:1 na Stamford Bridge, gdy dwie bramki strzelił van Persie. To jest właśnie różnica, jaka dzieli tych dwu graczy. Holender wykańczał akcję błyskawicznie, bez namysłu, niemal intuicyjnie. Pierwszy bramka z prawej nogi, zaś druga po obrocie z lewej. Eduardo musi zdawać sobie sprawę, że w meczach z topowymi zespołami każdy kontakt z piłką w polu karnym rywala jest na wagę złota.
Trudno mi ocenić czy Chorwat definitywnie nie nadaje się do gry jako samotny napastnik (musi mieć przy sobie kogoś do pomocy, z kim mógłby rozegrać piłkę i uciec do przodu), czy też spotkanie z Chelsea było dla niego zbyt wymagające w tym momencie, gdy niejako na siłę występuje na tej pozycji, raptem drugi czy trzeci raz w sezonie.
Stwierdzam jednak, że nasza gra na przestrzeni całego spotkania nie była tak zła jak wskazywałby na to wynik. Byliśmy stroną dominującą przez większą część meczu. Działo się tak po części z powodu taktyki stosowanej przez rywala, po części zaś dzięki naszej solidnej pracy w środku pola. Laurki nie zamierzam wystawiać żadnemu z naszych graczy, bo nawet ciężka robota wykonywana przez Rosjanina, nie była wystarczająca do wykreowania okazji strzeleckich. Doceniam jednak nasze zaangażowanie i grę do ostatniej minuty meczu. Po spotkaniu takim jak to, widząc walkę i determinację u każdego z zawodników mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że wygrała drużyna lepsza, bardziej doświadczona i lepiej ze sobą zgrana. Byli mądrzejsi i w pełni wykorzystali wszystkie swoje argumenty.
Uproszczeniem byłoby mówić (tak jak czyni większość po tym meczu), że powinniśmy w styczniu sprowadzić kolejnego napastnika i zastanowić się nad wzmocnieniem kolejnych kilku pozycji. Ludzie nie biorą pod uwagę tego, że mamy przed sobą cały grudzień i rozwiązań musimy szukać już dziś. Są to decyzje nieco bardziej skomplikowane niż wycieczka na zakupy. Zastanawia mnie więc, co zrobi Wenger. Czy będzie szukał dalszych rozwiązań w obowiązującym schemacie taktycznym, czy zdecyduje się na przeorganizowanie drużyny na 4-4-2. Z początkiem sezonu wspominał, że jest taka możliwość, że będziemy do tego ustawienia wracać, jeśli zaistnieje taka potrzeba. Być może jest to najodpowiedniejszy moment na ten ruch.
Wejście Walcotta w przerwie spotkania miało być dla nas ożywczym. Wenger zdecydował, że poświęci Songa dla impetu Theo na prawy skrzydle. Zmiana okazała się niepowodzeniem. Złośliwie mógłbym wspomnieć jedną z reklam z udziałem Anglika: mecz piłki nożnej to nie wyścig na 100 metrów, lecz gra przez 90 minut. Smutno o tym mówić, ale Walcott jest w tym samym miejscu, w którym był przed rokiem. Nie wiem czy jego rozwój wyhamował, czy zwyczajnie potrzebuje kilku kolejnych gier. To już jego kolejny występ gdzie nie dostrzegam w jego grze znaczącego wsparcia dla naszej drużyny.
Podobał mi się za to Traore, który udźwignął presję i zagrał świetne zawody. Był on jednym z jaśniejszych punktów naszego zespołu. Mam nadzieję, że okrzepnie on na lewej obronie i podąży w rozwoju śladami Gibbsa. Ma teraz swoje pięć minut. Niech wykorzysta je jak najlepiej.
Stracone bramki padły stamtąd, skąd bym się ich nie spodziewał. Pierwszy gol to bierna postawa Sagny i Gallasa. Druga bramka to indywidualny błąd Vermaelena i błąd komunikacji między obrońcą i bramkarzem. Gol Drogby można zapisać częściowo na konto Almunii – na co mu były te kroczki w kierunku prawego słupka? Oddać jednak należy Drogbie, że uderzenie było świetne.
Nie szukałbym także usprawiedliwienia w osobie sędziego. Mógł podyktować rzut karny po faulu Sagny na Anelce. Arbiter miał też podstawy do tego, by nie uznać bramki Arszawina. Chwile wcześniej Eduardo wybił piłkę z rąk Cecha.
Konkludując… Chelsea jest wyśmienitym zespołem. Ancelotti poukładał te wszystkie klocki znakomicie. Na własnej skórze przekonaliśmy się, że w meczach najważniejszych, najtrudniejszych, o najwyższe cele, musimy dać z siebie znacznie więcej, niż wynosi nasza średnia w tym sezonie. Okazało się, że solidna (jedynie) gra Cesca, występ na podobnym poziomie Arszawina, brak błysku ze strony pozostałych zawodników – nie wystarczą nam do pokonania lidera Premier League.
Tagi: Andriej Arszawin, Arsene Wenger, Ashley Cole, Carlo Ancelotti, Cesc Fabregas, Chelsea, Didier Drogba, Eduardo da Silva, podsumowanie, Premier League, Robin van Persie, Theo Walcott, Thomas Vermaelen, William Gallas




