EPL: Arsenal 1-3 Manchester United

Chyba nawet w najczarniejszych snach nie spodziewałem się wyniku zbliżonego choćby do tego wczorajszego. Z wielką nadzieją wyczekiwałem na TEN mecz. Właściwie to już od sierpniowej, pechowej porażki na Old Trafford. Zamiast poprawy nastroju po ostatniej potyczce z Man Utd, zostałem zasypany wspomnieniami sprzed roku, gdy także na Emirates dostaliśmy łomot od Fargusona w półfinale LM. Wspomnienia wydają być się tym realniejsze, że z teraźniejszością współgrają niemal idealnie. Po United zmierzymy się bowiem z Chelsea. A wszyscy pamiętamy przecież jak nasz „powrót” sprzed roku wyglądał…
Przyznam szczerze, że nie dopadła mnie wczoraj żadna szczególna furia. Dziwiłem się temu nawet, bo po takim meczu i takim wyniku, normalnie wyrywałbym sobie włosy z głowy. Wczorajsza porażka nie pozostawiła po sobie nic. Nic prócz pustki. Może z odrobiną smutku.
Smutek. To chyba najodpowiedniejsze słowo, jakie może zobrazować nasz zespół wczorajszego dnia. Czy wierzyłem w zwycięstwo? No pewnie. Nawet po straconej bramce miałem nadzieję, że jesteśmy w stanie to wyciągnąć. Przy 0-2 nie było już tak kolorowo.
Nie byłoby w porządku, gdybym napisał, że przez cały mecz nie pokazaliśmy niczego specjalnego, co upoważniałoby nas do stwierdzenia, iż 3 punkty były w naszym zasięgu. Moim zdaniem naszą szansą było pierwsze 30 minut. Liczba ciekawych ataków, w których udział brał Arszawin, mogła napawać nadzieją. Ba! Z tego powinna paść choć jedna bramka. Przypominam sobie sytuację (bodaj z meczu przeciw Boltonowi) gdy przy wysokim prowadzeniu (4:2?) zamiast podać do niepilnowanego Walcotta, Rosjanin zdecydował się samemu wykończyć akcję – nieudanie. Pojawiły się wtedy głosy, różne: roniące jego decyzji, jak i krytykujące. Dla wczorajszego Arszawina nie ma żadnego usprawiedliwienia. Jeśli nie podajesz lepiej ustawionemu partnerowi, a sam nie wykorzystujesz okazji – jesteś winny zmarnowanej sytuacji.
I choć jestem gotów przyznać rację, że Andriej był wyróżniającym się, jednym z najwięcej pracujących graczy Arsenalu, to jednak brak strzelonego gola w pierwszych 30 minutach obciąża głównie jego konto. Być może w podobny sposób myślał Wenger, który tuż po meczu tłumaczył, że byliśmy słabi zarówno w ofensywie, jak i defensywie, gdzie brakowało nam „zespołowej inteligencji”:
We were poor offensively and defensively cohesion-wise.
Po serii wymiany ciosów i otwartej gry, to goście zdobyli pierwszego gola. Na prawej stronie Nani poradził sobie przy linii z kryjącymi go Clichy’m i Nasrim i popędził w stronę pola karnego. Po drodze minął Denilsona (ciekawe czy w ogóle zauważył on Brazylijczyka?) i będąc przy końcowej linii, zagrał lobika (ponad Almunią) na długi słupek. Hiszpan próbował interweniować, jednak zrobił to na tyle pechowo, że wpakował piłkę do własnej siatki. Wiem, że gole samobójcze własnych bramkarzy nie należą do tych zupełnie przypadkowych. Rozumiem więc po części irytację kolejnym babolem Almunii.
Osobiście nie zamierzam kopać leżącego – tym bardziej że w tej sytuacji Manuel nic nie mógł zrobić. Nawet gdyby nie sięgnął tej piłki, to i tak Park wpakowałby ją do siatki. Nani wjechał w naszą obronę, jak chciał i zagrał piłkę, która praktycznie nie była w zasięgu bramkarza. Obrońcy zawalili na całej linii, tymczasem za pierwszą bramkę obrywa się głównie Almunii. Manuelowi oberwać się powinno raczej za ospałość we wznawianiu gry, brak zdecydowania czy niedokładne wykopy z ziemi (np. pod nogi rywala).
Kilka minut później nadzialiśmy się na kontratak, który zakończył się dla nas nad wyraz nieszczęśliwie za sprawą kapitalnego uderzenia Rooneya. Nie finał tej akcji jest irytujący, ale jej przebieg. Oglądałem powtórkę dziesiątki razy i nie mogę zrozumieć: w jakim celu w kierunku naszego pola karnego biegł Denilson? Zastanawiające jest, że w trakcie tego kilkudziesięciometrowego biegu (przecież nie sprintu) nie widział żadnego innego gracza MU, prócz prowadzącego piłkę Naniego. Tymczasem zza jego pleców, mając na starcie z 10 metrów straty, ruszał Rooney. Wpadając w nasze pole karne, miał nad Brazylijczykiem kilka metrów przewagi. I nie chodzi o to, kto jest sprinterem, a kto długodystansowcem. Jogging Denilsona ma się nijak do zawziętości, z jaką wracał chociażby Vermaelen (najpierw odcinał od podania Parka, a później widząc wychodzącego napastnika MU, ruszył w kierunku Rooneya).
Była to chwila, która zabolała niemiłosiernie. Po zaledwie 4 minutach od straconego gola, rywale pakują nam kolejną bramkę. Nadziei mogliśmy doszukiwać się w jakiejś pojedynczej akcji przed lub tuż po przerwie. Gol na 1-2 pozwoliłby tchnąć wiarę w zespół i napędzić naszą grę.
Wszelkie złudzenia zostały rozmyte dość szybko, bo w 7 minut po wznowieniu drugiej połowy. Na połowie gości piłkę traci Denilson, po czym rusza błyskawiczna kontra United. Błędów po naszej stronie można naliczyć co najmniej kilka. Niepotrzebne podwajanie przez Songa i Vermaelena oraz nieupilnowanie Parka. Clichy zostając sam przeciw 3 rywalom, zbyt długo oglądał się na Naniego i nie dobiegł do Koreańczyka w odpowiednim czasie. Najbardziej zabolała mnie postawa Denilsona. Chłopak po raz kolejny zaprezentował to, czego nienawidzę. Po stracie piłki, widząc wybiegających do ataku gości, nie poczuł się w żaden sposób odpowiedzialny za obronę. Człapał, mając nadzieję, że czarną robotę odwalą za niego wypruwający z siebie flaki kumple. Kto wyprzedził naszego pomocnika w tej akcji? Sędzia, który o swoich 40-tych urodzinach dawno już zapomniał.
Nie mogę pominąć Gaela Clichy’ego, który popełniał wczoraj sporo błędów i po raz kolejny zaliczył słabiutki występ – tym razem ogrywany bezlitośnie przez Naniego. Tak, to był naprawdę słaby mecz Francuza. Jest jednak zasadnicza różnica pomiędzy naszym LB a Denilsonem. Gael pomimo słabej dyspozycji walczył, biegał. Nieudane zagranie nie powodowało, że kulił on ogon pod siebie i rezygnował z dalszej walki. Nie każdy może być Fabregasem, ale na boga, niech przynajmniej na boisku zostawi dla drużyny swoje zdrowie.
Na dziesięć minut przed końcem meczu zasłużonego gola (za postawę i determinację) zdobył Belg. Zresztą… swoim akrobatycznym uderzeniem sam opisał determinację, z jaką walczył w spotkaniu. Było to jednak tylko honorowe trafienie, bo nic więcej nie byliśmy w stanie ugrać.
Nie podejmę się próby analizy przyczyn porażki. Obok tych oczywistych powodów/błędów, jest także coś innego. Trudno to określić. Niby biegaliśmy, ale jakoś mniej niż rywale. Niby walczyliśmy, ale gościom jakby bardziej zależało. Niby graliśmy podaniami, ale brakowało ich w okolicy pola karnego Man Utd. Niby…
W pojedynkach z największymi zespołami zobowiązani jesteśmy prezentować najwyższą formę. Nie jesteśmy tak silni, by grając byle jak, liczyć na punkty z zespołami top4. Wczoraj nawet nie zbliżyliśmy się jakościowo do naszej najlepszej gry. Słaby Denilson, ogrywany Clichy, niepewny Almunia, nieskuteczny Arszawin i Fabregas bez błysku – to zbyt wielkie osłabienia dla zespołu walczącego o zwycięstwo w spotkaniu z mistrzem kraju. Ferguson przyjechał do Londynu z nie mniejszymi problemami niż nasze. Mimo tego, jego zespół wyglądał lepiej. Byli skupieni na własnej robocie, a gdy nadarzyła im się okazja, wykorzystali ją. Może właśnie to jest największą nauką tego meczu.
Po spotkaniu, Wenger stanął przed dziennikarzami z nieco innym nastawieniem, niż zazwyczaj. Wcześniej dawał się poznać jako człowiek podnoszący drużynę na duchu, nawet wobec kolejnych porażek. Wolał spoglądać na pozytywy niż ganić zespół, czy poszczególnych piłkarzy za słaby występ. Tym razem wyglądał na bardzo zmartwionego i zawiedzionego tym, co zobaczył. Nie co dzień słyszymy z ust Bossa, że byliśmy zbyt naiwni:
We delivered an off-the-mark performance completely and that is why we were well beaten today. We gave them always too much room, we were naive.
Zapytany o pomeczowe odczucia związane z naszą dalszą walką o tytuł, powiedział, że to ogromny cios dla nas i nie mniejsze rozczarowanie.
It is a massive blow and a massive disappointment.
Nie spodziewam się, by fani Arsenalu dopuszczali myśl, iż na własnym stadionie, nawet mając za przeciwnika United, będziemy musieli schodzić z boiska z 3 straconymi bramkami. To musi odbić się w jakimś stopniu na tej drużynie. Jak? Przekonamy się o tym w meczu przeciw Chelsea.
Manager zdaje sobie sprawę z faktu, że potrzebujemy czegoś specjalnego, szczególnego, co pozwoliłoby nam pozostać w wyścigu o tytuł na przyzwoitej pozycji:
We need something special now to stay in the race, of course. I am conscious of that.
Niezależnie od tego jak wszyscy wyobrażaliśmy sobie te cztery pojedynki z czołówką ligi – nie przypuszczaliśmy zapewne, że po meczu z United dopadnie nas taka chandra. Zwycięstwo lub remis na Stamford Bridge może jednak wszystko odmienić i przywrócić nadzieje na ostateczny sukces.
Nasza drużyna (nie po raz pierwszy w tym sezonie) staje przed trudnym zadaniem – zebrania wszystkich chłopaków do kupy, zmotywowania się i podniesienia w kolejnym meczu. Nie widzę innej drogi. Roztrząsanie porażki przez kilka dni nie przyniesie nam nic dobrego. Chętnie zobaczyłbym raz jeszcze zawzięte twarze naszych zawodników, gdy w walce o piłkę nie odstępują nogi, a żadna piłka nie jest dla nich stracona.
United ograło nas w chwili, gdy wydawało się nam, że najgorsze mamy już za sobą, a bezchmurne niebo otwiera się właśnie dla nas. Wrócili Song i Eboue. Po kontuzjach wznowili treningi nasi kolejni gracze. Przeciw Aston Villi nadzieję na dodatkową siłę w ataku dał nam Bendtner. Wydawało się, że może być już tylko lepiej. Tymczasem przyszła tak dotkliwa porażka. Może właśnie ta pewność siebie i zbyt duży spokój nieco nas rozleniwił i uśpił przed meczem? W najbliższą niedzielę powinniśmy więc ujrzeć prawdziwą twarz tej drużyny.
Statystyki meczu:


Skrót 1 połowy:
Skrót 2 połowy:



01-02-2010 o 13:49
Odnośnie meczu chcę powiedzieć jedno- katastrofalna gra w obronie. Pierwsza bramka, w ogóle nie powinna była paść, błąd obrońców i godny podkreślenia babol Almuni.
Po straceniu gola z wielką pasją rzuciliśmy się do ataku. Tak goniliśmy wynik, że aż zapomnieliśmy o tym by się bronić. Vermaelen i Gallas bardzo lubią atakować, jednak oni są od bronienia nie od wykańczania akcji po drugiej stronie placu gry! Gdyby zagrali z głową na karku a nie ponieśli się emocjom to jestem pewien, że skończyło by się na jednej bramce w plecy, a nie dwóch kolejnych po kontrach (aż się przypomniała bramka na 2:1 dla Evertonu- wtedy było podobnie). Tak chcieliśmy im strzelić gola, że aż oni nam strzelili trzy.
Godny podkreślenia jest występ Arszawina, gdyby podawał to być może wyszlibyśmy pierwsi na prowadzenie.
Evra powiedział po meczu półfinałowym LM, że był to pojedynek dzieciaków z mężczyznami. Wczorajszego dnia było podobnie, zabrakło doświadczenia w każdym aspekcie gry a ekipa Fergusona bezwzględnie to wykorzystała.
Ciężko oswoić mi się z myślą, że przegraliśmy z ManU po raz kolejny. Nie mamy od nich gorszego składu, ośmieliłbym się nawet powiedzieć, że nie mają do nas polotu a nasze gwiazdy biją ich na łeb i na szyję. Mimo tego odnieśliśmy porażkę. Jeśli myślimy o wygraniu jakiegoś trofeum to należy walczyć o zwycięstwo z dobrymi rywalami na własnym stadionie. Do tej pory ustępujemy im pola no i niestety ponosimy bolesne porażki.
Żaden zdrowo myślący człowiek, znając wynik ostatniego meczu Arsenalu (czyli z ManU) nie da nam większych szans z ekipą The Blues i to na SB. My kibice Arsenalu i tak wierzymy choć wielu ponownie nas skreśla (mam nadzieję, że wiara tym razem przeniesie góry).
Przegraliśmy, mimo tego mamy okazję pokazać charakter już w najbliższą niedzielę. Liczę, że odbijemy się od dna i pokażemy że jak chcemy to potrafimy. Trzymam kciuki za naszą ekipę, wierzę w zwycięstwo w spotkaniu z Chelsea.
01-02-2010 o 13:49
Jako kibic United mogę napisać podobnie, nie wierzyłem w to co oglądam. Jednak nie zgodzę się z Tobą, że zabrakło doświadczenia. Umówmy się, że ten skład Arsenalu gra już ze sobą ładny kawałek czasu. O ile rok temu mogliśmy mówić o nich „dzieciaki”, o tyle dziś nie ma to większego sensu. Arsenal przegrał, bo kolejny raz Ferguson przechytrzył taktycznie Wengera. Oczywiście można czepić się poszczególnych piłkarzy (piszesz o słabej grze w obronie Vermaelena i Gallasa), ale w United też na polu karnym dochodziło chwilowo do takiego zamieszania (szczególnie przy po zdobyciu przez Belga bramki kontaktowej), że aż cud że nie padły kolejne gole. Oczywiście, genialnie zagrali Nani i Rooney, ale kto spodziewał się tego pierwszego w wyjściowej jedenastce, przy rosnącej formie Valencii? No i Fletcher. Jemu poświęciłem za ten mecz osobną notkę:
http://podpoprzeczke.blox.pl/2010/02/Czlowiek-od-czarnej-roboty.html
W meczu z Chelsea nie skreślałbym jednak Kanonierów. Tu jeszcze na prawdę może się wiele wydarzyć.
01-02-2010 o 13:49
ale statystyka manU
3 strzaly w bramke i 3 gole. co tu wiecej poisac?
01-02-2010 o 13:49
Masz rację nasz skład gra ze sobą już bardzo długo. Mieli wystarczająco czasu by zgrać się i nabyć doświadczenie. Jednak czego więc brakuje, skoro doświadczenie niby jest? Zabrakło wiary w zwycięstwo? Zimnej krwi? Czy ManU po prostu jest od nas lepsze? Nie jesteśmy gorszą drużyną, ale i tak co roku czegoś brakuje i w ostatecznym rozrachunku spadamy za ManU i Chelsea (oczywiście obie ekipy są mocne i jeśli w meczach z nimi nie pokaże się czegoś ‘extra’ to o zwycięstwo jest ciężko).
Każdy tłumaczy nasze porażki brakiem doświadczenia i ja już przychylam się do tego stwierdzenia. Brakuje też szczęścia, gdyby Almunia… No właśnie gdyby tak się potoczył mecz a nie inaczej, ale to tylko gdybanie. Zagraliśmy dobre spotkanie, mieliśmy dobrą serię meczów bez porażki, jednak po końcowym gwizdku i tak schodziliśmy z boiska pokonani.
Więc jak usprawiedliwić porażkę (drugą już w tym sezonie) z ManU, Chelsea, ManC ? No jak, jeśli nie brakiem doświadczenia ? Ci młodzi gracze nie potrafią wytrzymać presji spotkania o stawkę. Umiemy wygrać z przeciętniakami, mamy umiejętności by walczyć z najlepszymi a mimo to się nie udaje. Moim zdaniem problemem są gorące głowy które ciężko ostudzić, w tym doszukuje się przyczyny porażki. Nie w geniuszu Fergusona, nie w słabszym dniu, lub w braku szczęścia gdyż szczęściu trzeba pomóc a my wręcz przeciwnie utrudniamy sobie życie.
01-02-2010 o 13:49
01-02-2010 o 13:49
pamiętam, że kiedyś grając 4-4-2 nie mieliśmy aż takich problemów z zespołami top4, bardziej męczyliśmy się z ligowymi średniakami i autobusem postawionym w ich bramce
teraz po przejściu na 4-3-3 strzelamy mnóstwo bramek drużynom, które są za nami w tabeli, a nie radzimy sobie z kolei z najlepszymi, może grając z nimi jesteśmy zbyt ofensywnie nastawieni i wtedy bardzo łatwo nadziać się na kontrę (mecze z city, mu), brak prawdziwego napastnika z przodu na pewno strzelania bramek nam nie ułatwi
wg mnie Arsenal powinien być bardziej elastyczny i do każdego rywala dobierać odpowiednią taktykę, bo już niedługo mecze w LM, a tam rywale raczej nie będą zamierzali bronić się przez cały mecz i efekt może być podobny jak we wczorajszym meczu
01-02-2010 o 13:49
Nie jestem jednym z tych, którzy za wszystko co złe winią Denilsona, ale chyba przy każdej bramce dla United mógł zachować się lepiej. Przy pierwszej dał się kiwnąć Naniemu, ale pewnie to dlatego że bał się znowu sprokurować karnego dla rywali. Przy drugiej zamiast pędzić za Rooneyem to sobie za nim najzwyczajniej potruchtał, a przy trzeciej to on stracił piłkę. Nie mówiąc już, że bardzo mało wnosił w grę ofensywną. Całe szczęście, że mamy już Songa.
I niech mi ktoś powie, jak taki bramkarz jak Almunia jest pierwszym bramkarzem takiego klubu jak Arsenal?! Wiem, wiem ma czasem świetne mecze, ale za często zdarzają mu się błędy. Wczoraj omal nie podarował United czwartej bramki, a przy pierwszej mógł się lepiej zachować.
01-02-2010 o 13:49
Jeśli pytacie czego Arsenalowi zabrakło wczoraj, to ja mimo wszystko porażkę zrzucę na bark taktyki. Wenger zagrał po raz kolejny 4-3-3. United zdominowali środek pola, przecież Ferguson wystawił pięciu pomocników, z których Park i Nani przy zabójczo szybkich kontrach przechodzili do ataku. Ze strony Arsenalu kompletnie bezproduktywni byli Nasri i Rosicki. Z przodu walczył tylko Arshavin, który parę razy zakręcił Brownem. Ale umówmy się, że Rosjanin sam meczu nie wygra z zespołem klasy United. Na miejscu Wengera zagrałbym w tym spotkaniu z przodu klasyczną dwójką napastników i czterema pomocnikami. Zdecydowanie odciążyło by to drugą linię, gdzie Fabregas również sam musiał toczyć walkę, nie mając dodatkowo prawie żadnego wparcia od Denilsona. Wenger niczym nie zaskoczył Fergusona. Szkot rozpracował dotychczasowy styl gry Arsenalu niemal w 100%. Zobaczcie kto rozpoczął i kto zakończył kontrę przy bramce na 0-2. United bronili się całym zespołem, a atakowali trójką, czwórką zawodników. Ferguson nie pozwolił, aby Kanonierzy rozgrywali swobodnie piłkę na 20 metrze przed polem karnym, co było wodą na młyn w ostatnich meczach.
Arsenalowi zabrakło też konsekwencji. Przy trzeciej bramce obaj środkowi obrońcy poszli do przodu. Rozumiem, że trzeba było odrabiać straty, ale gdzie asekuracja?
01-02-2010 o 13:49
Bardzo ciekawe opinie.
Sam także zachodziłem w głowę czemu wszystko potoczyło się tak jak się potoczyło. Kwestię doświadczenia raczej bym odrzucał, bo Almunia, Gallas, Fabregas, Rosicky czy Arszawin maja już na koncie zbyt wiele ważnych, wielkich meczów by zarzucić im brak doświadczenia. Ci młodsi zresztą tez nie odstają od starszych kolegów.
4-3-3… Wiem, że niedzielna gra nie przypominała naszych wcześniejszych meczów. Nie wiem czy inaczej wyglądałoby to przy 4-4-2. Może…
Wydaje mi się, że gdybyśmy grali dokładniej, szybciej, odważniej, to 4-3-3 nie byłoby przeszkodą. Wenger po meczu przyznał, że brakło nam współpracy i gry drużynowej. Cholera wie jak mecz by się potoczył gdyby Arszawin choć raz odegrał do lepiej ustawionego zawodnika.
01-02-2010 o 13:49
niestety ale bledne jest mowienie ze gralismy 4-3-3
jak dla mnie zgralismy klasycznym 4-5-1 gdzie nasri i rosa mieli lekko ofensywniejsze zadania
ja przyczyn porazki dopadrywal bym sie bardziej w b.dobrzej grze ManUtd. gdzie jak pisal wyzej kibic MU, bronili sie cala druzyna i atakowali cala druzyna. przejscia miedzy obrona a atkaiem byly b.szybkie i plynne
niestety arsenal zagral bardzo slabo, odzywiscie najlatwiej winic denilsona ale to nie on byl jedynym winowajca. cala druzyna zagrala duzo ponizej swoich umiejetnoosci. jedyny zawodnik ktoru zagral na plus byl Vermaelen.
najwiekszym problem arsenalu byl brak komunikacji i zgrania pomiedzy poszczegolnymi formacjami. i to bylo czynnikiem decydujacym o wysniku meczu
01-02-2010 o 13:49
Zgadzam się, że przegraliśmy przez złą taktykę. Tak jak pisaliście, po stracie bramki z takim zespołem jak MU Vermaelen i Gallas muszą dalej zajmować harowaniem w defensywie. Za łatwo nadziewamy się na ich kontry, tak samo było rok temu.
01-02-2010 o 13:49
Statystyki mówią że byliśmy lepsi. Moja ocena ilości groźnych sytuacji wskazuje na remis. Biorąc pod uwagę nieprzyjemne ułożenie spotkania dla naszych zawodników uważam że nie było tak źle. Co, gdyby Naniemu nie wyszła ta sztuczka, albo Almunia przerzucił tą piłkę nad poprzeczką? Gdyby jedna z akcji Arshavina skończyła się podaniem do Nasriego(3x był na czystej pozycji, a bramki Manchesterowi już strzelał…). Oczywiście, nie wszystko jest niefartem, jednak widzę pozytywy, bo graliśmy równie dobrze jak oni, z tą różnicą że to im mecz się ułożył i potem mogli kontratakować. Nie napawa mnie to jednak optymizmem przed meczem z Chelsea. Jedyna nadzieja to wysoka forma Diaby’ego i brak Denilsona. Gdzieś marzy mi się również błysk talentu Theo albo Bendtnera.