EPL: Arsenal 3 – 1 Burnley

Arsenal 3-1 Burnley
(Fabregas 34′, Walcott 60′, Arszawin 90′ – Nugent 50′)
Liczby meczu | Skrót meczu | Komentarz Wengera
Gdybym był postronnym kibicem angielskiej piłki i miał wykupiony abonament Canal+, to słałbym do redakcji sportowej seryjnie maile, by każdego weekendu pokazywane były mecze Arsenalu. Drużyna Wengera w żadnym wypadku nie jest zespołem nudnym do oglądania. Potrafi zaskoczyć widzów nawet w pojedynkach z najsłabszymi zespołami ligi. Spodziewać można się wszystkiego: od kapitalnej gry i kolejno strzelanych goli, aż do stwarzania rywalom sposobności, by mecz zakończył się sensacyjnym podziałem punktów.
Fakt, że coś może być wielbione przez postronnych fanów futbolu, wcale nie musi oznaczać, że ja także będę podzielał te pasje. Z każdym tygodniem doświadczam podobnego przeżycia. Przeżycia, które uczy mnie, że na następny tydzień z Arsenalem wcale nie będzie mniej stresującym spotkaniem. I nieważne jest czy mierzymy się z topowymi klubami ligi, czy z jej outsiderami. Scenariusz jest powtarzany każdego tygodnia. Zamiast zdobyć gola w pierwszych kilkunastu minutach, „wolimy” poczekać do 90 minuty. Tak, kibicowanie Arsenalowi, może skracać życie.
Bronię się rękoma i nogami, by nie zacząć od Bendtnera. Ale chyba nie da się inaczej… Oczywiście, gdyby Nick wykorzystał choćby jedną z okazji, przed jakimi stanął, moglibyśmy dziś mówić o pogromie. Paradoksalnie przed sobotnim meczem wspominałem, że ostatnio forma Bendtnera jest wyśmienita. W kolejnych trzech spotkaniach zapisał na swoim koncie trzy bramki. Wczoraj powinien mieć ich o kolejne 5 więcej.
Można się wściekać, irytować lub zwyczajnie Nicklasa żałować. Osobiście uważam, że był to jeden z tych dni, które od czasu do czasu, muszą trafić się każdemu napastnikowi. Dzień, który można nazwać „nic dziś nie wpadnie”. Otóż mechanizm o nazwie „nic dziś nie wpadnie”, zaczyna rozkręcać się (na początku z wolna) wraz z pierwszą zmarnowaną „setką”. Kiedy napastnik spudłuje w drugiej i trzeciej idealnej okazji, machina pędzi już na dobre i niezwykle trudno ją wtedy zatrzymać. Bendtner został wczoraj jej ofiarą.
Równie mocno, jak liczba niewykorzystanych okazji strzeleckich, interesuje mnie reakcja gracza. To, czego oczekiwałbym (w podobnej sytuacji) od każdego z naszych piłkarzy – to walka z zaistniałymi komplikacjami i próba podołaniu wszelkim przeciwnościom. Nasz napastnik robił dokładnie to, czego się spodziewałem. Pudłował – fakt. Tyle że po każdym kiksie podnosił głowę do góry i walczył o następną szansę na bramkę.
Zerknąłem na ten mecz raz jeszcze (zdecydowanie spokojniej ogląda się powtórki). Mnóstwo razy kierowane były w stronę van Persie’go słowa uznania za jego grę zarówno w polu, jak i przed polem karnym. Przyznaję, umknęło mi to w trakcie sobotniego meczu. Po powtórnym obejrzeniu spotkania widać pracę, jaką Nick wykonywał w każdej akcji. Nie bez przypadku, po jego zejściu z boiska, liczba „stuprocentówek” diametralnie spadła. No i zakończył on mecz z (drugą w tym sezonie) asystą na koncie.
Nie wiem, jaka byłaby reakcja stadionu, gdyby Nick schodził z boiska przy stanie 1-1, bądź 1-2 (choć wierzę, że nie miałoby to tak wielkiego wpływu). Bardzo zbudowały mnie oklaski kibiców, żegnających schodzącego Bendtnera. Nie ma wątpliwości, że to nauka wyciągnięta przez fanów sprzed ponad roku, gdy w zupełnie odmienny sposób żegnano wtedy Eboue. Jak widać, Wenger rozwija nie tylko zawodników, ale także naszych kibiców.
Czuję się nieco dziwnie, bo choć cały mecz przesiedziałem jak na szpilkach, to jednak trudno mi wskazać piłkarza, który zagrał poniżej oczekiwań. Czy drużyna stwarzająca sobie tak ogromną ilość okazji bramkowych może składać się z zawodników grających słabo?
Walcott wskazywany jest przez niemal wszystkich jako gracz meczu. Trudno przecenić jego występ. Myślę, że zaskoczenie jakie przyniósł on ze swoją grą przeciw Burnley można porównać do jednej z akcji, która najlepiej opisałaby to spotkanie. Miało to miejsce w pierwszej minucie drugiej części spotkania. Walcott dostał piłkę po prawej stronie boiska i (jak wszyscy tego oczekiwaliśmy) ruszył z nią mocno do przodu. Jednak zamiast (jak ma to w zwyczaju) pociągnąć do końcowej linii, zatrzymał się z nią na wysokości pola karnego, rozejrzał się i widząc w polu karnym osamotnionego Bendtnera w asyście 4 rywali, posłał piękne dośrodkowanie, wprost na głowę Nicka.
Ta akcja była tak niespodziewana i tak zaskakująca, jak nieoczekiwanie dobry był występ Walcotta w całym meczu. Liczba jego fantastycznych rajdów była nie do zliczenia. Tym razem dołożył do tego mądre podania i celne dośrodkowania. Jego gol z 60 minuty był nie mniej fenomenalny. Z prawej strony ściął akcję do środka, jeszcze trochę podciągnął w kierunku środka i mierzonym uderzeniem lewą nogą po długim rogu zdobył bardzo ważnego gola. Co na ten temat powiedzą ci, którzy skreślali go z Arsenalu, z kadry Anglii lub analizowali stan jego mózgu?
Chciałbym rzec też słowo o (moim zdaniem) równorzędnym bohaterze tego meczu. Im dalej w las, tym coraz lepszym piłkarzem staje się Samir Nasri. Jego występ był fenomenalny. Począwszy od asysty przy pierwszej bramce, poprzez świetną grę u boku Cesca, aż po wzięcia ciężaru gry na siebie, gdy brakło naszego kapitana na boisku… Samir był w moich oczach graczem, który trzymał środek pola w podobny sposób, w jaki robił to Fabregas. Rzekłbym nawet, że na Sopcaście niezwykle trudno odróżnić ich sylwetki w trakcie poruszania się ich na boisku.
Urzekła mnie jego dojrzałość w prowadzeniu gry. Szanował piłkę; nie pchał się do przodu, ale pozwalał robić to swoim kolegom (uruchamiał ich podaniami). Przy stanie 1:1 pracował szczególnie mocno, asekurował innych, ale też próbował uderzać z dystansu. Gdyby ode mnie to zależało, to rozdzieliłbym tytuł zawodnika meczu między niego a Theo.
O klasie Nasri’ego świadczy przede wszystkim asysta przy pierwszej bramce. Czy nie wyglądało to tak, jakby Fabregas podawał do Fabregasa? Oglądam powtórkę tej bramki i widzę kapitalne, niesamowite podanie, mierzone na centymetry. Półtora metra krótsze, półtora metra dłuższe – a piłka zostałaby wybita przez gracza kryjącego Cesc’a, bądź przez Jensena. Inna sprawa to samo wykończenie naszego kapitana. Wszystko wydaje się być proste i łatwe do wykonania. Jeśli jednak wziąć pod uwagę, że: futbolówka zmierza niemal zza twoich pleców; biegniesz bark w bark z rywalem; trzeba uderzyć bezpośrednio z powietrza; bramkarz swoim ciałem nie pozostawia wiele wolnego miejsca – to sytuacja, w której się znajdujesz, nie wygląda już tak kolorowo.
Uwielbiam bramki zdobywane w taki właśnie sposób – niby proste, łatwe, przyjemne. Ile jednak w tym kunsztu? Kopnięta przez Fabregasa piłka spadała zza jego lewego ramienia. Trafiona prawą stopą, minęła nogi bramkarza Burnley, sunąc(!) po murawie. To się nazywa technika!
Nasz środek pomocy wyglądał w tym spotkaniu bardzo dobrze. Stało się tak pomimo tego, że:
- brakowało nam Songa (pauzującego za żółte kartki)
- już w pierwszej części meczu z boiska zszedł z urazem uda Fabregas (dokładna diagnoza ma być postawiona dziś, ew. jutro)
- zastępujący kapitana Diaby, dopiero co wrócił po kontuzji.
Przyzwoity występ Denilsona, dobra gra i współpraca Nasri’ego i Rosicky’ego oraz bardzo dobre wejście Diaby’ego zapewniły nam dominację w tej części boiska, co miało przełożenie na cały obraz spotkania.
Po pierwszej połowie miałem ochotę zakrzyknąć, że w końcu doczekałem się Almunii solidnego i zdecydowanego (myślę głównie o pewnych chwytach i wyjściu do piłki, gdy przepchnięty został Vermaelen). Jednak w drugiej połowie jeden z jego błędów mógł nas kosztować stratę punktów. Status quo.
Vermaelen zaliczył kolejny bardzo dobry mecz (choć przy straconym golu ma na sumieniu dopuszczenie Nuganta do sytuacji sam na sam). Uważam, że Silvestre nie jest naszą przyszłością, ani nawet teraźniejszością. Wierzę, że został wystawiony przeciw Burnley dlatego, że w sobotę goście nie byliby w stanie wykorzystać jego osoby, jako wyłomu w naszej defensywie. We wtorek niemal na pewno zagra Sol, więc powinniśmy być spokojni.
Na koniec jeszcze słowo na temat sędziego. Chyba będziemy zgodni w stwierdzeniu, że samo spotkanie nie obfitowało w groźne faule i niebezpieczną grę. W pierwszej połowie Walcott oburzył się na jednego z graczy Burnley za zdecydowany wślizg przy bocznej linii boiska. Oglądając powtórki, mogę powiedzieć, że sam wślizg był fair, a oburzenie może być zrozumiałe z powodu wydarzeń z minionego weekendu.
Faktem jednak jest, że pomimo braku ostrych starć i brutalnych faulów – goście obejrzeli 4 żółte kartki. Cztery żółtka, choć (jak mówię) spotkanie toczyło się zupełnie fair. Cholera wie, czy było to spowodowane nadwrażliwością arbitra po kontuzji Ramsey’a, czy wreszcie potraktowano nas sprawiedliwie. Uważam, że mniej więcej w taki sposób powinna wyglądać statystyka kartek w meczach takich jak sobotni. Oczywiście wraz z eskalacją ostrych zagrań, kartoników powinno pojawiać się więcej.
Tymczasem spoglądając jedynie na te statystyki, w zestawieniu z poprzednimi meczami Arsenalu widzę, że sędzia ocenił mecz z Burnley jako ostrzejszy, niż nasze pojedynki z Boltonem. Tam pokazano znacznie mniej żółtych kartek.
Najważniejsze są 3 punkty. Tak jak mówił Wenger, cel został osiągnięty. Zapominam więc co za nami i patrze w przyszłość. Liczba spotkań topnieje w mgnieniu oka, więc każdy punkcik jest teraz na wagę złota.
Raz dziesięciu żołnierzyków
Pyszny obiad zajadało,
Nagle jeden się zakrztusił –
I dziewięciu pozostało.


