Każdy z nas ma w swoich wspomnieniach te szczególne, które są dla niego najważniejsze i zarazem najtrwalsze. U kogoś może to być pierwsza randka, pierwszy samotny wypad na wakacje, ukończenie szkoły czy prozaiczne (zdawałoby się) zdobycie pucharu w miejskich rozgrywkach. Tak się jakoś składa, że dopiero po latach wracamy wspomnieniami do tych wydarzeń, oceniając je jako coś zupełnie wyjątkowego i fantastycznego, a tym samym doceniając nasze osiągnięcie z perspektyy czasu.
Oglądając wczorajsze spotkanie Arsenalu z Blackpool czułem się jakbym w ułamku sekundy przeskoczył o te kilka lat do przodu. Siedząc przed monitorem komputera, spoglądałem na spektakl, który doceniałem już w chwili jego trwania. Moje emocje były świadkiem najprawdziwszego, najczystszego doznania ideału szczęścia i sytuacji, w której się znalazłem. Przez bite dwie godziny sobotniego popołudnia cholernie zazdrościłem wszystkim kibicom zebranym na stadionie, że dane im jest uczestniczyć w tym spektaklu emocji.
A wszystko wydawało się snem, w którym moja wyobraźnia sama podsyła wyimaginowane obrazy szczęścia. Z perspektywy kolejnego dnia zastanawiam się, czy popołudnie 21. sierpnia 2010 roku mogło być piękniejsze. Chyba nie.
Bo tego dnia wszystko było niemal idealne. Uczestniczyć w takim wydarzeniu, to jak wygrać los na loterii:
- Historyczne uruchomienie Zegara na Emirates Stadium (i późniejsze doznanie cudu, jakby łaska „The Clock” spłynęła wprost na murawę, gwarantując świetny wynik i piękną grę)
- Trybuny nie są już sektorami ale starymi, dobrze znanymi z Highbury: Clock End, North Bank, West i East Stand
- Nasi zawodnicy zainaugurowali ligowy sezon we własnym domu, w strojach tradycyjnych, tak pięknych, że nie wyobrażam sobie, by nie został pobity w tym sezonie rekord ich sprzedaży
- Piękna gra naszej drużyny okraszona sześcioma golami. Kanonierzy byli sprawiedliwi bo strzelili po 3 bramki pod Clock End i North Bank
- Swój sezon zainaugurował wreszcie nasz kapitan, przywitany tak wielką owacją, jakiej nie powstydziłby się Thierry Henry i Tony Adams razem wzięci
- Po murawie znów zaczął biegać Holender z numerem 10 na plecach
- Z kolei Theo Walcott z ‘czternastką’ jak za dawnych lat nasz najlepszy w historii snajper, popisał się grą jak z bajki, by po 66 minutach z „trójeczką” na koncie opuszczać murawę przy wiwatującym tłumie fanów
- No i chyba najważniejsze… Druga połowa meczu przypomniała mi czasy świetności na Highbury, gdy pakowaliśmy rywalowi 2-3 gole, a później z bezczelną przyjemnością przyglądaliśmy się popisom gry Kanonierów i kolejnym ich trafieniom.
Czyż nie jest szczytem rozkoszy, oglądanie Arsenalu (ba… całego stadionu) lewitującego nad ziemią, tak jak we wczorajszym meczu?
Oczywiście, schodząc na ziemię, przyznać trzeba, że rywal nie był najsilniejszy w defensywie, że od 30 minuty meczu grał tylko w 10, a mimo to nie stawiał w bramce autobusu. Końcowy wynik zapewne nie byłby tak efektowny, gdyby nie czerwona kartka + rzut karny (no ale przepisy są przepisami). Blackpool zrobiło na mnie szczególnie korzystne wrażenie przez pierwsze pól godziny, gdy grając w komplecie, starało się grać z nami jak równy z równym. Przyznaję, że momentami ich operowanie piłką i uciekanie spod naszego pressingu, było wysokich lotów. Raz nawet udało im się podnieść moje ciśnienie, gdy po świetnym dośrodkowaniu z lewej strony i biernej postawi Gaela, powinni byli wyrównać na 1-1.
Mimo tej jedynej groźniej sytuacji, nie daliśmy gościom szans do poważniejszego zagrożenia naszej bramce. Tak naprawdę, to ciężko wyróżnić kogokolwiek ‘in minus’. Cały zespół harmonijnie pracował w grze do przodu. To nic, że rywal nie był najsilniejszy – cieszy mnie bardzo dobra współpraca Songa z Vermaelenem (ale zastanawia też pozycja w drużynie Djourou).
Nasi dwaj boczni obrońcy korzystali z gry do przodu na naszych własnych warunkach. Sagna zapisał na swoje konto asystę, po inteligentnym wycofaniu piłki do Diaby’ego. Clichy zaś wyglądał na niezmordowanego. Jego centry jakby zaczęły być wreszcie bardziej agresywne, choć zawsze może być lepiej. Jeśliby nie ta bierność pod naszą bramką przy strzale głową Taylora-Fletchera, miałby na koncie chyba bezbłędny występ.
Gdyby na boisku nie przebywał wczoraj Theo Walcott, to graczem meczu zapewne obwołany zostałby Tomas Rosicky. Pod nieobecność Nasriego i powracającego dopiero Cesca, wypełnił pierwszorzędnie swoją rolę jako kreator gry. Jego wizja, szybkość podejmowania decyzji i jakość podań to zdecydowanie najwyższa półka światowa. Sam Czech może jedynie żałować, że ma za rywali w środku pola tak wybitnych piłkarzy. Za cud uznać należy, że pomimo tylu kapitalnych podań otwierających kolegom drogę do bramki Blackpool, Mały Mozzart zakończył mecz choćby bez jednej asysty. Miał jednak kluczowy udział przy pierwszych dwóch golach (gdy podawał do Arszawina i 20 minut później, wypuszczając prostopadłym podaniem Chamakha). Poza tym zapisał na koncie sporą liczbę wybitnych zagrań, jak chociażby kilka z pierwszej częsci meczu, gdy uruchamiał Walcotta.
Głównym aktorem wczorajszego popołudnia był jednak Anglik. Ku uciesze 60 tysięcy widzów, raz za razem przebijał się poza linię defensywy gości, wywołując u nich strach przy każdym jego kontakcie z piłką. Gdy kompletował hattricka, zdobywał bramki każdą w innej okoliczności. Pierwsza to uderzenie z prawą nogą po długim słupku. Drugie trafienie to przyjęcie piłki z obrońcą na plecach, szybkie obrócenie się i oddanie strzału między nogami defensora. Trzecia bramka została zdobyta po wbiciu się między obrońców Blackpool i uderzeniu lewą nogą tuż przy dłuższym słupku bramki gości. Ja mam tylko jeden komentarz odnoszący się do wczorajszych wydarzeń: módlmy się o zdrówko dla naszego Walcotta. On chyba naprawdę nic więcej już nie potrzebuje.
Tak jak pisałem w zapowiedzi, Theo otrzymał wczoraj świetną sposobność do hasania sobie niczym tygrysek. Sobotni mecz mógłby być przykładem na to, jak ważnym czynnikiem w dzisiejszym sporcie jest zwykła „pewność siebie”. Kiedy czujesz się OK i wiesz, że nie będziesz rozliczany po meczu za każde pojedyncze zepsute zagranie, jesteś w stanie odpowiednio się skupić i powtórzyć wszystko to, co na co dzień wykonujesz na treningach. Theo jest tego dowodem. Oczywiście nawet po takim spotkaniu jak wczorajsze, nawet po zdobyciu hattricka, znajdzie się ktoś taki jak pan Hansen w „Match of the Day”, który w tak wyjątkowym dla Walcotta dniu, znajdzie sposobność, by chłopakowi dokopać. Rodzina Theo nie była chyba zbyt szczęśliwa, gdy uruchomili wczoraj wieczorem nagrywarkę, by za sprawą MOTD upamiętnić to osiągnięcie syna. Wstydziłby się pan, panie Hansen!
Kiedy po spotkaniu przeglądałem oceny kibiców (bodaj na SkySports) i obok nazwiska Chamakha dostrzegłem notę coś około 8,5, ucieszyłem się niezmiernie. Zamiast skupiać się nad ułomną skutecznością, nasi kibice zdecydowanie docenili jego pracę i wkład jaki miał w osiągnięty przez nas wynik. Jak widać nie tylko na mnie nasz nowy nabytek zrobił niesamowite wrażenie. Biegał od obrońcy do obrońcy. Gdy wymagała tego sytuacja cofał się o dobre kilkadziesiąt metrów by rozegrać piłkę. Szukał wolnych przestrzeni, chodził do boków i walczył bez żadnego odpuszczania. A co w tym wszystkim najważniejsze, pomimo takiego wysiłku, wytrzymał ten mecz kondycyjnie.
Jak inteligentny jest to chłopak, niech świadczy sytuacja przy drugiej bramce, a właściwie sposób w jaki wywalczył on dla nas rzut karny (choć faul miał miejsce przed polem karnym). Po prostopadłym podaniu Tomasa, zdołał minimalnie wyprzedzić obrońcę i gdy zauważył, że ten szykuje się do wślizgu i wygarnięcia uciekającej mu piłki, Chamakh, niczym wytrawny lis, z pełną premedytacją wepchnął przed niego swoją lewą nogę. Reszta wydarzyła się niemal samoistnie. W ten oto sposób Marouane odmienił losy całego spotkania: ofiarując nam rzut karny i wyrzucając z boiska jednego z rywali.
To prawda, że pudło do pustej bramki z odległości 5 metrów będzie w ten weekend pokazywane często i gęsto, opatrzone różnymi docinkami komentatorów. Nasz napastnik faktycznie nie jest zabójcą o zimnej krwi, wykorzystującym 3 szanse na 2 próby. To jednak co mi się w nim naprawdę podoba, to maksymalne zaangażowanie i odpowiedzialność za niewykorzystane sytuacje – jemu naprawdę zależało na strzeleniu gola, a kolejne nieudane próby tylko wzmagały frustrację. Po przejściu z Bordeaux może być zaskoczony liczbą szans jakie trafiają mu się w meczu. Dla nas najważniejsze jest jednak to, że w powietrzu nie ma sobie równych, co udowodnił w 83 minucie zdobywając bramkę po rzucie rożnym. Jakby powiedział niezapomniany pan komentator: „to przykład, że zdolności manualne jego głowy, przewyższają zdolności manualne nóg”. Nie powinniśmy się tym specjalnie martwić. Adebayor jest przykładem, że da radę to zmienić (w sensie wyrównać te manualne zdolności w górę).
Ciepłe słowo kieruję też do Rosjanina. Andrzej chyba właściwie odczytał znak wysłany przez Wengera, bo wreszcie zapieprzał po boisku jak należało. Bramka + asysta – mógłby sobie wyznaczyć taki cel na każde kolejne spotkanie Premier League. kogo jak kogo ale akurat jego stać na taki wyzwania.
Drugie ciepłe słowo chciałbym skierować do Wilshere’a. Wenger pozostawił go na murawie do samego końca meczu, przez co można pokusić się o pełniejszą ocenę jego występu. Jestem zdania, że Jacek zagrał bardzo fajnie, odważnie i agresywnie w defensywie. Cieszy także asysta przy bramce Theo. Co do prognoz jego kolejnych występów, trudno być jednoznacznym prorokiem. Młody Anglik ma to nieszczęście, że wchodzi do naszej drużyny o 5 lat później niż Fabregas. Kiedy Cesc rozpoczynał swoje regularne występy w Arsenalu, miał za partnerów bardzo doświadczonych, otrzaskanych i twardych facetów. Nikt wtedy nie nakładał na młodego Hiszpana zbytniej presji, bo wszyscy zachwycali się raczej techniką niepozornego nastolatka. Dziś Jacek musi mierzyć się nie tylko z rywalami, ale też z historią, legendą(?) Cesca. Krążące wokół porównania go do Fabregasa nie są więc odpowiednie. Wcześniej czy później, Wilshere zadomowi się w pierwszym składzie.
Pokonanie beniaminka 6-0 nie wydaje się jakimś nadzwyczaj spektakularnym osiągnięciem, szczególnie gdy przez 60 minut gra się z przewagą jednego zawodnika, a rywal radzi sobie w defensywie co najwyżej przeciętnie. Przy kolejnym wysokim zwycięstwie Chelsea (też 6-0) nasz rezultat nie robi już takiego wrażenia. Rozumiem osoby, które wolą widzieć w tym sukcesie słabość Blackpool, niż naszą dobrą grę. Spora część racji leży także po ich stronie. Ja jednak nie odbiorę sobie tej przyjemności, by w tak wyjątkowym dniu jak wczorajszy, pozbawiać nas chwały pięknej gry i świetnego wyniku – niezależnie od okoliczności.
Nasi piłkarze wykonali wczoraj na murawie wszystko to co było w ich obowiązku. Kibice podtrzymali świetną atmosferę i uroczysty nastrój. Teraz czas na Wengera, by idealizm tego weekendu domknął klamrą dwóch solidnych transferów. Wtedy zaprawdę powiadam wam, z ogromną wiarą spojrzę w przyszłość, wypatrując sukcesów obecnego sezonu.
Tagi:
Andriej Arszawin,
Blackpool,
Clock End,
Jack Wilshere,
Marouane Chamakh,
North Bank,
podsumowanie,
Premier League,
The Clock,
Theo Walcott