Bądź na bieżąco - RSS

Rozkład jazdy dla Kanoniera na piątkowy wieczór

3. Wrzesień 2010 | View Comments | Przemyślenia | Mariusz

Pierwsze trzy kolejki ligowe minęły tak szybko, że ani się obejrzałem a już mam przed sobą weekend z eliminacjami do ME 2012. Tym razem jednak spotkania reprezentacji nie odbywają się w sobotę i środę, jak się do tego przyzwyczailiśmy, lecz w piątek i wtorek. Cieszy mnie takie rozwiązanie, bo w ten sposób nasi (i nie tylko nasi) reprezentanci otrzymują jeden dodatkowy dzień odpoczynku przed najbliższymi spotkaniami ligowymi.

Skoro Premier League opuściła nas na najbliższy tydzień, to musimy posiłkować się tym co dostajemy na talerzu. By być na bieżąco z naszymi zawodnikami, wysłanymi gdzieś na krańce kontynentu, musimy dzisiejszego wieczoru stosować niemałe wyczyny gimnastyczne, w poszukiwaniu tych spotkań na antenach TV i w internecie.

Tradycyjnym moim życzeniem (drugim w kolejności, zaraz po: zdrowym powrocie do Klubu) jest oczywiście dobry występ naszego zawodnika w spotkaniu swojej reprezentacji. Ponieważ mamy wielu Kanonierów powołanych na dzisiejsze mecze, zmuszeni będziemy dokonywać wyborów – kogo decydujemy się oglądać, a kogo nie.

Oto zestaw piątkowych spotkań z udziałem zawodników Arsenalu (linki prowadzą do transmisji w internecie):

17.00 Bośnia i Hercegowina U21 – Włochy U21 (Vito Mannone)
18.00 Finlandia U21 – Polska U21 (Wojtek Szczęsny)
18.30 Ukraina U21 – Francja U21 (Armand Traore)
18.30 Andora – Rosja (Andriej Arszawin)
19.00 Portugalia U21 – Anglia U21 (Jack Wilshere)
20.45 Lichtensztajn – Hiszpania (Cesc Fabregas)
20.45 Belgia – Niemcy (Thomas Vermaelen)
21.00 Anglia – Bułgaria (Theo Walcott, Kieran Gibbs)
21.00 Francja – Białoruś (Gael Clichy, Bacary Sagna, Abou Diaby)

Wygląda na to, że niemal wszyscy Kanonierzy (no, może oprócz Gibbsa i Fabregasa – a akurat im, kolejne minuty gry przydałyby się najbardziej) wystąpią w pierwszych jedenastkach swoich drużyn. Nie mam pojęcia jaką formę prezentują zespoły do lat 21 BiH oraz Finalndii. Mam nadzieję, że nie jest z nimi najgorzej. Życzę naszym bramkarzom, aby mocno uwijali się dziś między słupkami. To jedna z nielicznych dla nich okazji do tego, by zagrać w spotkaniu o wysoką stawkę i zaprezentować się z jak najlepszej strony. Podobnie rzecz ma się w stosunku do Traore – wypożyczonego na najbliższy sezon do Juventusu. Mecz z Ukrainą jest dla niego przedsionkiem nowego, wymagającego sezonu.

Dla niektórych kibiców sporym zaskoczeniem może być „zesłanie” Jacka do reprezentacji Anglii U21. Ja nie jestem tym specjalnie rozczarowany. Pamiętajmy, że Wilshere ma raptem 18 lat, więc i tak będzie mierzył się z zawodnikami o 2-3 lata starszymi od siebie. Zaszczyt powołania do pierwszej reprezentacji „Trzech Lwów” i możliwość trenowania z najlepszymi zawodnikami z kraju – to chyba wszystko na co mógłby dziś liczyć Jacek. Miejsce na ławce rezerwowych lub na trybunach, nie byłoby lepszym rozwiązaniem, niż walka przez 90 minut w meczu kadry do lat 21.

Gdyby nie nakładające się na siebie mecze, chętnie obejrzałbym cały występ Vermaelena przeciw Niemcom. Jeśli nasi obrońcy chcą się rozwijać, muszą rywalizować z najlepszymi. Trudno sobie wyobrazić dziś przeciwnika trudniejszego, niż błyskotliwa drużyna Joachima Lowa. Faworytem są oczywiście goście. Nikt nie będzie więc zaskoczony silnym naporem Niemców na bramkę Belgii. Jak w tej rywalizacji poradzi sobie nasz defensor?

Największym dylematem będzie dla mnie wybór spotkania o godzinie 21. Chętnie popatrzyłbym na grę trzech naszych zawodników w reprezentacji Francji. Boczni obrońcy Arsenalu prezentują ostatnio wysoką formę (podobnie jak Diaby), więc ich występ przeciw Białorusi może być całkiem interesujący. Szkoda, że dokładnie o tej samej godzinie rozpoczyna się mecz na Wyspach. Zdecyduję się więc chyba jednak na Anglię i kolejny występ Theo Walcotta (czy ktoś ma w tej kwestii jakiekolwiek wątpliwości?). Osłabiona drużyna gospodarzy (kontuzjowani między innymi Terry i Lampard) potrzebuje zwycięstwa jak powietrza. Atmosfera wokół Capello mocno zgęstniała, więc Walcott w formie może być dla niego jedną z ostatnich desek ratunku. Warto przypomnieć, że Theo występował w reprezentacji Anglii 12 razy. Wszystkie te mecze kończyły się zwycięstwami Wyspiarzy. Czy ’13′ będzie równie szczęśliwa?

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

EPL: Arsenal 6-0 Blackpool. Ideał w czystej postaci

22. Sierpień 2010 | View Comments | Podsumowanie meczu | Mariusz

Każdy z nas ma w swoich wspomnieniach te szczególne, które są dla niego najważniejsze i zarazem najtrwalsze. U kogoś może to być pierwsza randka, pierwszy samotny wypad na wakacje, ukończenie szkoły czy prozaiczne (zdawałoby się) zdobycie pucharu w miejskich rozgrywkach. Tak się jakoś składa, że dopiero po latach wracamy wspomnieniami do tych wydarzeń, oceniając je jako coś zupełnie wyjątkowego i fantastycznego, a tym samym doceniając nasze osiągnięcie z perspektyy czasu.

Oglądając wczorajsze spotkanie Arsenalu z Blackpool czułem się jakbym w ułamku sekundy przeskoczył o te kilka lat do przodu. Siedząc przed monitorem komputera, spoglądałem na spektakl, który doceniałem już w chwili jego trwania. Moje emocje były świadkiem najprawdziwszego, najczystszego doznania ideału szczęścia i sytuacji, w której się znalazłem. Przez bite dwie godziny sobotniego popołudnia cholernie zazdrościłem wszystkim kibicom zebranym na stadionie, że dane im jest uczestniczyć w tym spektaklu emocji.

A wszystko wydawało się snem, w którym moja wyobraźnia sama podsyła wyimaginowane obrazy szczęścia. Z perspektywy kolejnego dnia zastanawiam się, czy popołudnie 21. sierpnia 2010 roku mogło być piękniejsze. Chyba nie.

Bo tego dnia wszystko było niemal idealne. Uczestniczyć w takim wydarzeniu, to jak wygrać los na loterii:
- Historyczne uruchomienie Zegara na Emirates Stadium (i późniejsze doznanie cudu, jakby łaska „The Clock” spłynęła wprost na murawę, gwarantując świetny wynik i piękną grę)
- Trybuny nie są już sektorami ale starymi, dobrze znanymi z Highbury: Clock End, North Bank, West i East Stand
- Nasi zawodnicy zainaugurowali ligowy sezon we własnym domu, w strojach tradycyjnych, tak pięknych, że nie wyobrażam sobie, by nie został pobity w tym sezonie rekord ich sprzedaży
- Piękna gra naszej drużyny okraszona sześcioma golami. Kanonierzy byli sprawiedliwi bo strzelili po 3 bramki pod Clock End i North Bank
- Swój sezon zainaugurował wreszcie nasz kapitan, przywitany tak wielką owacją, jakiej nie powstydziłby się Thierry Henry i Tony Adams razem wzięci
- Po murawie znów zaczął biegać Holender z numerem 10 na plecach
- Z kolei Theo Walcott z ‘czternastką’ jak za dawnych lat nasz najlepszy w historii snajper, popisał się grą jak z bajki, by po 66 minutach z „trójeczką” na koncie opuszczać murawę przy wiwatującym tłumie fanów
- No i chyba najważniejsze… Druga połowa meczu przypomniała mi czasy świetności na Highbury, gdy pakowaliśmy rywalowi 2-3 gole, a później z bezczelną przyjemnością przyglądaliśmy się popisom gry Kanonierów i kolejnym ich trafieniom.

Czyż nie jest szczytem rozkoszy, oglądanie Arsenalu (ba… całego stadionu) lewitującego nad ziemią, tak jak we wczorajszym meczu?

Oczywiście, schodząc na ziemię, przyznać trzeba, że rywal nie był najsilniejszy w defensywie, że od 30 minuty meczu grał tylko w 10, a mimo to nie stawiał w bramce autobusu. Końcowy wynik zapewne nie byłby tak efektowny, gdyby nie czerwona kartka + rzut karny (no ale przepisy są przepisami). Blackpool zrobiło na mnie szczególnie korzystne wrażenie przez pierwsze pól godziny, gdy grając w komplecie, starało się grać z nami jak równy z równym. Przyznaję, że momentami ich operowanie piłką i uciekanie spod naszego pressingu, było wysokich lotów. Raz nawet udało im się podnieść moje ciśnienie, gdy po świetnym dośrodkowaniu z lewej strony i biernej postawi Gaela, powinni byli wyrównać na 1-1.

Mimo tej jedynej groźniej sytuacji, nie daliśmy gościom szans do poważniejszego zagrożenia naszej bramce. Tak naprawdę, to ciężko wyróżnić kogokolwiek ‘in minus’. Cały zespół harmonijnie pracował w grze do przodu. To nic, że rywal nie był najsilniejszy – cieszy mnie bardzo dobra współpraca Songa z Vermaelenem (ale zastanawia też pozycja w drużynie Djourou).

Nasi dwaj boczni obrońcy korzystali z gry do przodu na naszych własnych warunkach. Sagna zapisał na swoje konto asystę, po inteligentnym wycofaniu piłki do Diaby’ego. Clichy zaś wyglądał na niezmordowanego. Jego centry jakby zaczęły być wreszcie bardziej agresywne, choć zawsze może być lepiej. Jeśliby nie ta bierność pod naszą bramką przy strzale głową Taylora-Fletchera, miałby na koncie chyba bezbłędny występ.

Gdyby na boisku nie przebywał wczoraj Theo Walcott, to graczem meczu zapewne obwołany zostałby Tomas Rosicky. Pod nieobecność Nasriego i powracającego dopiero Cesca, wypełnił pierwszorzędnie swoją rolę jako kreator gry. Jego wizja, szybkość podejmowania decyzji i jakość podań to zdecydowanie najwyższa półka światowa. Sam Czech może jedynie żałować, że ma za rywali w środku pola tak wybitnych piłkarzy. Za cud uznać należy, że pomimo tylu kapitalnych podań otwierających kolegom drogę do bramki Blackpool, Mały Mozzart zakończył mecz choćby bez jednej asysty. Miał jednak kluczowy udział przy pierwszych dwóch golach (gdy podawał do Arszawina i 20 minut później, wypuszczając prostopadłym podaniem Chamakha). Poza tym zapisał na koncie sporą liczbę wybitnych zagrań, jak chociażby kilka z pierwszej częsci meczu, gdy uruchamiał Walcotta.

Głównym aktorem wczorajszego popołudnia był jednak Anglik. Ku uciesze 60 tysięcy widzów, raz za razem przebijał się poza linię defensywy gości, wywołując u nich strach przy każdym jego kontakcie z piłką. Gdy kompletował hattricka, zdobywał bramki każdą w innej okoliczności. Pierwsza to uderzenie z prawą nogą po długim słupku. Drugie trafienie to przyjęcie piłki z obrońcą na plecach, szybkie obrócenie się i oddanie strzału między nogami defensora. Trzecia bramka została zdobyta po wbiciu się między obrońców Blackpool i uderzeniu lewą nogą tuż przy dłuższym słupku bramki gości. Ja mam tylko jeden komentarz odnoszący się do wczorajszych wydarzeń: módlmy się o zdrówko dla naszego Walcotta. On chyba naprawdę nic więcej już nie potrzebuje.

Tak jak pisałem w zapowiedzi, Theo otrzymał wczoraj świetną sposobność do hasania sobie niczym tygrysek. Sobotni mecz mógłby być przykładem na to, jak ważnym czynnikiem w dzisiejszym sporcie jest zwykła „pewność siebie”. Kiedy czujesz się OK i wiesz, że nie będziesz rozliczany po meczu za każde pojedyncze zepsute zagranie, jesteś w stanie odpowiednio się skupić i powtórzyć wszystko to, co na co dzień wykonujesz na treningach. Theo jest tego dowodem. Oczywiście nawet po takim spotkaniu jak wczorajsze, nawet po zdobyciu hattricka, znajdzie się ktoś taki jak pan Hansen w „Match of the Day”, który w tak wyjątkowym dla Walcotta dniu, znajdzie sposobność, by chłopakowi dokopać. Rodzina Theo nie była chyba zbyt szczęśliwa, gdy uruchomili wczoraj wieczorem nagrywarkę, by za sprawą MOTD upamiętnić to osiągnięcie syna. Wstydziłby się pan, panie Hansen!

Kiedy po spotkaniu przeglądałem oceny kibiców (bodaj na SkySports) i obok nazwiska Chamakha dostrzegłem notę coś około 8,5, ucieszyłem się niezmiernie. Zamiast skupiać się nad ułomną skutecznością, nasi kibice zdecydowanie docenili jego pracę i wkład jaki miał w osiągnięty przez nas wynik. Jak widać nie tylko na mnie nasz nowy nabytek zrobił niesamowite wrażenie. Biegał od obrońcy do obrońcy. Gdy wymagała tego sytuacja cofał się o dobre kilkadziesiąt metrów by rozegrać piłkę. Szukał wolnych przestrzeni, chodził do boków i walczył bez żadnego odpuszczania. A co w tym wszystkim najważniejsze, pomimo takiego wysiłku, wytrzymał ten mecz kondycyjnie.

Jak inteligentny jest to chłopak, niech świadczy sytuacja przy drugiej bramce, a właściwie sposób w jaki wywalczył on dla nas rzut karny (choć faul miał miejsce przed polem karnym). Po prostopadłym podaniu Tomasa, zdołał minimalnie wyprzedzić obrońcę i gdy zauważył, że ten szykuje się do wślizgu i wygarnięcia uciekającej mu piłki, Chamakh, niczym wytrawny lis, z pełną premedytacją wepchnął przed niego swoją lewą nogę. Reszta wydarzyła się niemal samoistnie. W ten oto sposób Marouane odmienił losy całego spotkania: ofiarując nam rzut karny i wyrzucając z boiska jednego z rywali.

To prawda, że pudło do pustej bramki z odległości 5 metrów będzie w ten weekend pokazywane często i gęsto, opatrzone różnymi docinkami komentatorów. Nasz napastnik faktycznie nie jest zabójcą o zimnej krwi, wykorzystującym 3 szanse na 2 próby. To jednak co mi się w nim naprawdę podoba, to maksymalne zaangażowanie i odpowiedzialność za niewykorzystane sytuacje – jemu naprawdę zależało na strzeleniu gola, a kolejne nieudane próby tylko wzmagały frustrację. Po przejściu z Bordeaux może być zaskoczony liczbą szans jakie trafiają mu się w meczu. Dla nas najważniejsze jest jednak to, że w powietrzu nie ma sobie równych, co udowodnił w 83 minucie zdobywając bramkę po rzucie rożnym. Jakby powiedział niezapomniany pan komentator: „to przykład, że zdolności manualne jego głowy, przewyższają zdolności manualne nóg”. Nie powinniśmy się tym specjalnie martwić. Adebayor jest przykładem, że da radę to zmienić (w sensie wyrównać te manualne zdolności w górę).

Ciepłe słowo kieruję też do Rosjanina. Andrzej chyba właściwie odczytał znak wysłany przez Wengera, bo wreszcie zapieprzał po boisku jak należało. Bramka + asysta – mógłby sobie wyznaczyć taki cel na każde kolejne spotkanie Premier League. kogo jak kogo ale akurat jego stać na taki wyzwania.

Drugie ciepłe słowo chciałbym skierować do Wilshere’a. Wenger pozostawił go na murawie do samego końca meczu, przez co można pokusić się o pełniejszą ocenę jego występu. Jestem zdania, że Jacek zagrał bardzo fajnie, odważnie i agresywnie w defensywie. Cieszy także asysta przy bramce Theo. Co do prognoz jego kolejnych występów, trudno być jednoznacznym prorokiem. Młody Anglik ma to nieszczęście, że wchodzi do naszej drużyny o 5 lat później niż Fabregas. Kiedy Cesc rozpoczynał swoje regularne występy w Arsenalu, miał za partnerów bardzo doświadczonych, otrzaskanych i twardych facetów. Nikt wtedy nie nakładał na młodego Hiszpana zbytniej presji, bo wszyscy zachwycali się raczej techniką niepozornego nastolatka. Dziś Jacek musi mierzyć się nie tylko z rywalami, ale też z historią, legendą(?) Cesca. Krążące wokół porównania go do Fabregasa nie są więc odpowiednie. Wcześniej czy później, Wilshere zadomowi się w pierwszym składzie.

Pokonanie beniaminka 6-0 nie wydaje się jakimś nadzwyczaj spektakularnym osiągnięciem, szczególnie gdy przez 60 minut gra się z przewagą jednego zawodnika, a rywal radzi sobie w defensywie co najwyżej przeciętnie. Przy kolejnym wysokim zwycięstwie Chelsea (też 6-0) nasz rezultat nie robi już takiego wrażenia. Rozumiem osoby, które wolą widzieć w tym sukcesie słabość Blackpool, niż naszą dobrą grę. Spora część racji leży także po ich stronie. Ja jednak nie odbiorę sobie tej przyjemności, by w tak wyjątkowym dniu jak wczorajszy, pozbawiać nas chwały pięknej gry i świetnego wyniku – niezależnie od okoliczności.

Nasi piłkarze wykonali wczoraj na murawie wszystko to co było w ich obowiązku. Kibice podtrzymali świetną atmosferę i uroczysty nastrój. Teraz czas na Wengera, by idealizm tego weekendu domknął klamrą dwóch solidnych transferów. Wtedy zaprawdę powiadam wam, z ogromną wiarą spojrzę w przyszłość, wypatrując sukcesów obecnego sezonu.

Tagi: , , , , , , , , ,

EPL: Liverpool 1-1 Arsenal

16. Sierpień 2010 | View Comments | Podsumowanie meczu | Mariusz

Gdy Arsene Wenger w przedmeczowym wywiadzie wyjawił dziennikarzom, że zawodnik, który stanie między naszymi słupkami w spotkaniu z Liverpoolem, zostanie naszym numerem 1 na obecny sezon – wszyscy wstrzymali oddech z nadzieją, że w tunelu Anfield nie ujrzą twarzy Łukasza Fabiańskiego. Szczytem marzeń byłoby spodziewać się niespodzianki w postaci Schwarzera, wyprowadzającego naszą drużynę przeciw Liverpoolowi, toteż widok Almunia dał nam względny spokój przed pierwszym gwizdkiem sędziego.

Powiedzieć (jak Wenger), że Manuel zaliczył dobry mecz, to dla mnie zbyt wiele. Wczorajsza postawa Almunii pozwoliła stanowczo określić moje preferencje: Schwarzer jest nam potrzebny jak cholera. Zastanawiam się nawet czy wyłożenie 4 milionów funciaków (bo chyba dopiero taka suma dałaby Australijczykowi zielone światło do opuszczenia Fulham) nie zwróciłoby nam się po jakimś czasie z nawiązką. Tu nie rozchodzi się jedynie o nowego faceta, który stanąłby w „piątce” i od czasu do czasu dosięgnął któregoś z dośrodkowań. Tu idzie o coś ważniejszego, o człowieka, który zarządza tym całym bramkarskim burdelem. Najwyraźniej potrzebujemy nowego trenera bramkarzy (bo przy obecnym stanie rzeczy nawet transfer Casillasa mógłby się po roku czasu okazać nietrafionym zakupem). Schwarzer po wysłużeniu swojego piłkarskiego etatu, byłby naturalnym następcą do przejęcia posady Gerry’ego Peytona. Być może właśnie takim tokiem rozumowania podchodzimy do tego ewentualnego transferu. Byłoby to dla mnie co najmniej budujące.

Do czego zdolny jest Almunia, wiemy wszyscy. Zaskoczeniem jest więc sytuacja, gdy naszego klauna jest w stanie przebić inny klaun. Ciekawe czy ten kuriozalny samobój z 90 minuty meczu dotrwa do końca sezonu jako synonim najkomiczniejszej akcji sezonu. Ma ku temu ogromny potencjał. Interwencja Pepe Reiny to jak połączenie żałosnej parady Fabiańskiego z wyjazdowego meczu przeciw FC Porto, wraz z dołującą interwencją Almunii w końcówce wyjazdowego spotkania z Birmingham. W tym jednym przypadku kibice Arsenalu mają prawo do szczególnie wylewnego wiwatowania na cześć bramkarza Liverpoolu. Założę się, że ten numer rozbawił znacznie więcej osób, niż widok opakowanego Fabregasa w trykot „więcej niż klubu”. Karma powraca.

Najważniejszym fragmentem wczorajszego spotkania, a w zasadzie punktem zwrotnym meczu była sytuacja, gdy Joe Cole postanowił przypodobać się kibicom Liverpoolu swoim zaangażowaniem i walecznością. Jego wejście w nogi Koscielnego jak najbardziej zasługiwało na czerwoną kartkę. Na szczęście uodporniłem się już do opinii „ekspertów”, którzy przy każdej podobnej sytuacji znajdą wytłumaczenie dla osłabienia brutalności faulu. We wczorajszym przypadku noga Laurenta pozostała w całości chyba tylko za sprawą wyjątkowej budowy jego tkanki kostnej. Wenger po meczu przyznał, że w chwili gdy Koscielny opuszczał boisko na noszach, nasz sztab medyczny podejrzewał, pęknięcie kości. Na szczęście skończyło się tylko na poważniejszym stłuczeniu, toteż Francuz mógł kontynuować grę w drugiej części meczu.

Tych z kibiców Liverpoolu, którzy z tak wielką lubością wygwizdywali naszego obrońcę przy każdej możliwej okazji, nazwać trzeba jednoznacznie – bydłem. Domyślam się, że dla tych idiotów, pogruchotana noga rywala byłaby odpowiednim ekwiwalentem dla czerwonej kartki Cole’a. Pieprzeni hipokryci, mający za ikonę klubu kogoś takiego jak Gerrard…

Zupełnie nie spodziewałem się tego, że grając z przewagą jednego zawodnika, pozwolimy Ngogowi zapewnić Liverpoolowi prowadzenie. Nawet świadomość zdrowego i całego Laurenta nie była w stanie wynagrodzić mi ten zawód. Przecierałem tez oczy ze zdumienia gdy przez kolejne minuty zostaliśmy zamknięci na własnej połowie boiska, tak jakbyśmy sami zmagali się z absencją jednego zawodnika.

Kiedy Arsenalowi udało się wreszcie przejąć inicjatywę w głębi pola, Hodgson zrobił to co potrafi najlepiej, czyli zamurował dostęp do swojej bramki, pozostawiając z przodu osamotnionego Ngoga (wymienionego później na powracającego po kontuzji Torresa). Klepanie w poprzek boiska nie dawało nam specjalnych szans na odwrócenie wyniku. Podwójna zmiana i wejście Walcotta z Rosickym oraz kilkanaście minut później wprowadzenie Van Persiego zdołało rozruszać naszą ofensywę. O naszej determinacji niech świadczy to, że w końcówce meczu na placu gry przebywali jednocześnie: Nasri, Rosicky, Walcott, Arszawin, van Persie i Chamakh. Do najlepszej okazji doszedł Rosa, który po błyskotliwym rozegraniu piłki z Robinem, znalazł się w dogodnej sytuacji do strzelenia bramki. Niestety pojedynek z Reiną zakończył się na przeniesieniu piłki nad poprzeczką.

Pamiętny niejednego spotkania z końcówki ostatniego sezonu, czekałem w napięciu na doliczony czas gry, z nadzieją, że w jakiś sposób uda się wepchnąć piłkę do siatki gospodarzy. No i udało się. Po dośrodkowaniu reprezentanta Czech, do walki z Reiną zabrał się Chamakh i w wymierny sposób zmusił bramkarze LFC najpierw do wypuszczenie piłki z rąk, a po odbiciu się jej od słupka… no cóż… tego już nikt nie potrafi wytłumaczyć.

Ostatecznie, rzutem na taśmę wyrwaliśmy Hodgsonowi przynajmniej ten punkt. Po zastanowieniu, wynik 1-1 przyjmuję za naprawdę przyzwoity rezultat. Szczególnie zważając na to, co zaprezentowaliśmy na Anfield jako drużyna. Kibicom Kanonierów nie trzeba tłumaczyć, że wyższy procent posiadania piłki to jeszcze nie zwycięstwo. W niedzielę to Liverpool dochodził do korzystniejszych okazji strzeleckich. Uwagę zwracały (już tradycyjnie) agresywność i pracowitość w sposobie gry gospodarzy. Trzeba oddać Hodgsonowi, że jego drużyna walczyła o zwycięstwo z pełnym poświęceniem i tylko minuty dzieliły ich od ostatecznego sukcesu. Paradoksalnie, czerwona kartka dla Cole i szybka bramka Ngoga, wcale nie ułatwiły Arsenalowi gry. W zderzeniu ze zmasowaną, mocno pracującą i zgraną defensywą, wyglądaliśmy na bezradnych. Niezwykle trudno było nam znaleźć drogę do bramki rywala.

Szukając odpowiedzi na pytanie: „czemu wyglądało to tak, jak wyglądało?” skłaniam się do odpowiedzi złożonej z kilku argumentów. Przede wszystkim:

- najwyraźniej zapomnieliśmy, że obok Old Trafford i Stamford Bridge, Anfield to jeden z najtrudniejszych do zdobycia stadionów Anglii. Nawet najlepsi wyjeżdżają z Liverpoolu ukontentowani ugraniem choćby jednego oczka. Być może ostatni sezon LFC uśpił naszą czujność

- Arszawin najwyraźniej myślał, że ze strachu przed jego nazwiskiem, gospodarze zrezygnują z walki i pozwolą mu strzelić przynajmniej jedną bramkę. Przeliczył się i to grubo. Był wolny i bezproduktywny

- najsłabszy zawodnik Kanonierów – z angielską piłką swoje pierwsze spotkanie zaliczyli dwaj nowo przybyli gracze z ligi francuskiej. O ile Koscielny radził sobie świetnie, to Chamakhowi przydałoby się nieco więcej miejsca

- Jack Wilshere to wielki talent. Doświadczenie i odporność psychiczną nabywa się jednak z wiekiem

- Nasri nie wyglądał na tego samego zawodnika, którego pamiętam z okresu przygotowawczego. Z jednej strony tłumaczy go półka na której stał wczorajszy rywal. Z drugiej jednak strony, dał o sobie znać stres i ciążąca na nim odpowiedzialność za drużynę. Nikt mnie nie przekona, że Samir zapomniał jak przy rzutach wolnych przenosić piłkę nad murem obrońców.

- brak pełnego zgrania i osoby będącej w stanie wziąć odpowiedzialność na swoje barki. Długimi momentami widać było, że brakuje tej chemii, automatyzmu i zrozumienia. We wczorajszym MotD2 wyraźnie przedstawiono brak wizji w prowadzeniu akcji ofensywnych. Nasri zawężał grę do środka, zamiast rozciągać ją do linii bocznych, wykorzystując Clichy’ego czy wprowadzonego później Walcotta. Stąd to systematyczne walenie głową w mur. A przecież osoba Chamakha winna zachęcać nas do odważniejszego bicia dośrodkowań z bocznych sektorów boiska.

Jeśli zaś chodzi o pozytywy meczu, to podobał mi się debiut Laurenta Koscielnego. Rozwiewa na razie wszelkie obawy związane z jego transferem do Arsenalu. Może posturą nie przypomina gladiatora, lecz skrupulatnie stara się naśladować swojego belgijskiego partnera. Sporo wygranych górnych piłek, zdecydowanie i bezkompromisowość – mam nadzieję, że stanie się to dewizą naszych defensorów. Wygrane pojedynki z Torresem niech będą dla niego kamieniem węgielnym pod kolejne doświadczenia z angielskich boisk. Niestety debiut został nieco zepsuty za sprawą sędziego, który za przypadkowe dotknięcie piłki ręką w środkowej strefie boiska, postanowił obdarować go drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartką.
To co szczególnie przypadło mi do gustu, to sposób rozgrywania piłki przez naszą linię obrony. Czuję duży komfort widząc jak futbolówką operują Koscielny z Vermaelenem. Wygląda na to, że Wenger trafił idealnie, sprowadzając dwóch młodych, dobrych, twardych i nowoczesnych środkowych obrońców.

Mam nadzieję, że czerwona kartka dla Laurenta zostanie odpowiednio skonsumowana przez nasz sztab trenerski. Nie chcę nawet myśleć o tym, że w tym okienku transferowym nie sprowadzimy choćby jednego CB, mogącego wejść do gry niemal z marszu. W sytuacji, gdy polowanie na naszych defensorów będzie trwało nadal, a Djourou będzie spędzał więcej czasu u lekarza niż na boisku, należałoby poszerzyć poszukiwania o kolejnego środkowego obrońcę.

Wycieczka na Anfield obfitowała w liczne przygody. Do Londynu wróciliśmy ze szczęśliwym remisem, ugranym na trudnym terenie. Oby był to wystarczający powód skłaniający nas do analizy i wyciągnięcia właściwych wniosków. Najbliższy tydzień to czas regeneracji i przygotowania do spotkania z Blackpool. Pomimo sensacyjnego zwycięstwa beniaminka z Wigan, nie oczekuję w sobotę niczego innego jak tylko zwycięstwa. Liverpoolowi wypada życzyć powodzenia w dalszej części sezonu. Niech napsują teraz krwi innym.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , ,
  • TWITTER



  • KALENDARZ WPISÓW

    Wrzesień 2010
    P W Ś C P S N
    « sie    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    27282930  

Arsenalizacja on Facebook
Page 1 of 101234510...Last »