Nie w taki sposób spodziewałem się usłyszeć o podpisaniu kontraktu z Arsenem Wengerem. Przygotowałem się już nawet na przedłużające się negocjacje, dyskusje, analizy i przeciąganie decyzji do wiosny. Myślałem, że wszystko (z punktu widzenia kibica) zawiśnie na włosku i jeden grymas twarzy PHW może decydować o być albo nie być Wengera. Tymczasem informacja o podpisaniu nowej umowy do 2014 roku pojawiła się niby mimochodem, w dniu inauguracji nowego sezonu i na dzień przed meczem z Liverpoolem.
Nie zamierzam ukrywać swojej radości, że Boss związał się z nami na kolejne lata. Wielu z nas czuje, że produkt nad którym trwały prace przez ostatnie lata, wreszcie wydaje się być na ukończeniu. Brakuje tylko tej małej iskierki w postaci zdobytego trofeum… iskierki, która pozwoliłaby na rozpalenie na nowo emocji tych wszystkich kibiców, którzy przez ostatnie sezony popadli w głuchy sen.
Nie powinniśmy się dziwić, że Francuz zdecydował się na przedłużenie kontraktu, jeśli przeanalizujemy jego pracę jaką wykonał do tej pory. Boss podkreślał, że związanie się z londyńskim klubem na kolejne lata, oznaczać będzie zakończenie jego trenersko-menadżerskiej kariery właśnie w Arsenalu. Bądźmy uczciwi – Wenger odwalił najbrudniejszą robotę. Przeprowadził nas przez najbardziej wzburzone fale, finansując budowę nowego stadionu i przebudowując Highbury. Z roku na rok sytuacja finansowa Arsenalu poprawia się tak szybko, że za chwilę zapomnimy o jakimkolwiek obciążeniu związanym z kredytowaniem naszych inwestycji.
Jakim dobroczyńcą musiałby być Arsene dla swego następcy, gdyby w tym momencie odszedł z Klubu, który kocha i traktuje jak swój dom? Historia mogłaby okazać się dla niego bezlitosna. Dziś znacznie łatwiej (niż przed trzema laty) o sukces, z taką sytuacją finansową, jaka panuje na Emirates. Rywalizacja Wengera z Chapmanem wciąż nie jest jeszcze jednoznacznie wygrana, bo są ludzie, którzy cenią sobie wyżej historię lat 30-tych, niż obecną transformację Klubu. AW wciąż walczy o swoje miejsce w sercach milionów kibiców (bo w historii Arsenalu zapisał się już dawno). Ma teraz do wygrania i do udowodnienia coś znacznie ważniejszego. Jeśli mu się to uda, bez wątpienia stanie się wyjątkowym człowiekiem futbolu, prekursorem, który dzięki uporowi i jasnej wizji, potrafi przeciwstawić się wielkiej piłkarskiej machinie. W interesie nas wszystkich leży to, by Wenger w swej drodze nie poległ.
***
Za nami pierwsze mecze sezonu. Manchester City udowadnia po raz kolejny, że pieniądze szczęścia nie dają. Green broni moich racji, że nie jest bramkarzem lepszym do Almunii. Natomiast Chelsea rozjechała West Brom, jakby nie zauważyła, że poprzedni sezon skończył się w maju i mamy za sobą kilka miesięcy przerwy. Dziś swoimi emocjami dzielą się fani Kanonierów i The Reds.
Tylko najstarsi górale są w stanie przypomnieć sobie porażkę Arsenalu na inaugurację rozgrywek. Choć statystyki w tym elemencie przemawiają na naszą korzyść, to warto pamiętać, że nie często trafia nam się w pierwszej kolejce rywal klasy Liverpoolu. Z jednej strony The Reds są jedyną drużyną z tzw. big4, która „leżała” nam w minionych sezonach. Ostatnią ligową porażkę na Anfield zanotowaliśmy w sezonie 2006/07 (4:1). Od tamtego czasu z zespołem Beniteza nie przegraliśmy w Premier League ani jednego meczu. W poprzednim sezonie, gdy dopadł ich największy kryzys od lat, ograliśmy ich co prawda dwukrotnie, lecz zwycięstwa te nie przyszły łatwo. W obu przypadkach byliśmy lepsi tylko o jedno trafienie.
Liverpool jest zdeterminowany by powrócić do pierwszej czwórki. Z wiadomych powodów, wśród kibiców Liverpoolu nie słyszy się zbyt wiele rozmów na temat walki o tytuł. Po odejściu Beniteza na stanowisko managera zatrudniono dotychczasowego opiekuna Fulham, Roya Hodgsona. Ta wiadomość nie uszczęśliwiła zapewne fanów Arsenalu, gdyż akurat ten pan potrafił napsuć Kanonierom krwi w jego dotychczasowych pojedynkach z Wengerem. Craven Cottage nigdy nie było dla nas łatwym terenem. Jak potoczy się współpraca zasłużonego managera z jego nowym pracodawcą? Czy będzie on starał się przenieść swoje metody z Fulham, czy może podporządkuje się i zaakceptuje styl gry preferowany do tej pory przez Liverpool?
Poprzednie lata systematycznie odsłaniały słabość Liverpoolu w najważniejszych momentach sezonu. Zespół ten opierał się na szkielecie, który stanowili: Pepe Reina, Steven Gerrard i Fernando Torres. Kiedy brakowało jednego z tej trójki lub nie dopisywała komuś forma, The Reds natrafiali na poważne kłopoty, nawet w rywalizacji z najsłabszymi zespołami ligi. Najwyraźniej stwierdzono, iż warto to grono poszerzyć, więc sprowadzono do klubu Joe Cole’a. W przeciwną stronę udał się za to Yossi Benayoun, toteż transferowy bilans nie jest tak korzystny jak mógłby być.
Dotychczasowe spotkania The Reds mogą napawać ich kibiców nadzieją. Hodgson najwyraźniej znalazł z szatnią wspólny język. Na dodatek ostatni występ Gerrarda w meczu reprezentacji Anglii i jego dwie wyjątkowej urody bramki, wskazują, iż kapitan Liverpoolu znajduje się w świetnej dyspozycji i może być ważnym aktorem dzisiejszego meczu. Nie wystąpi natomiast Torres. Napastnik nie zdążył wykurować się z kontuzji.
Arsenal przyjedzie na Anfield ze swoimi problemami. Tym największym wydaje się być bramkarz (czy może raczej jego brak?). Tak jak do wczoraj wierzyłem, że jednym z priorytetów Wengera w obecnym okienku transferowym (obok zakupu obrońcy) będzie sprowadzenie doświadczonego bramkarza, tak po tym co przeczytałem na oficjalnej stronie Klubu – zaczynam mieć małe wątpliwości. Jak bowiem rozumieć wypowiedź Bossa, kiedy stwierdza on, iż ten z bramkarzy, który zostanie wybrany do pierwszego składu na mecz z Liverpoolem, będzie naszym GK nr 1?
Czy to tylko kolejna zagrywka Bossa, mająca podbudować naszych bramkarzy, czy faktyczne plany na przyszłość? Czy AW naprawdę chce się podjąć aż tak dużego ryzyka, by rzucić się na to wzburzone morze, mając za majtków dwóch tak niepewnych bramkarzy?
Po serii meczów towarzyskich, chyba każdy rozgarnięty kibic orientował się, że do roli pierwszego bramkarza Arsenalu szykowany był/jest Fabiański. Od początku pre-seasonu aż do Emirates Cup nie miałem do niego żadnych zastrzeżeń. Dopiero spotkania Łukasza z Legią oraz jego występ przeciw Kamerunowi dały mi mocno do myślenia. Czuję jednak, że Wenger, litościwy miłośnik dawania szansy upadłym talentom, postawi dzisiejszego wieczoru na Fabiana. Obyśmy nie musieli tylko po meczu zastanawiać się: co by było gdyby…
Linia obronna wybiegnie prawdopodobnie w zestawieniu, jaki widzieliśmy na Łazienkowskiej. Zestawienie z Sagną, Koscielnym, Vermaelenem i Clichym jest na dzisiaj chyba najbardziej optymalnym rozwiązaniem. Niepokoi fakt, iż ten zestaw w ostatnim sparingu pozwolił pokarać się ze strony polskiego klubu tyloma golami. Wypada wierzyć chłopakom, że koncentracja na Anfield stać będzie na wyższym poziomie, niż podczas wycieczki do Warszawy. Gael musi mieć świadomość, że tylko dobre występy są w stanie zagwarantować mu miejsce na lewej obronie. Kieran Gibbs (tak jak to uczynił w ostatnim meczu reprezentacji Anglii) stara się przekonać Wengera do obsadzenia go na tej właśnie pozycji. Środek obrony mamy dziś całkowicie goły. Vermaelen i Koscielny to jedyna nasza sensowna opcja na to spotknie. Pod nieobecność kontuzjowanego Djourou brak nawet solidnych zmienników. Transfer conajmniej jednego środkowego obrońcy to dzisiaj więcej niż obowiązek.
Prawdziwe szachmatki zaczynają się dla Wengera w formacji pomocy. Jak ważnymi zawodnikami dla tej linii są Fabreagas i Song, mogliśmy sie przekonać już w ostatnim sezonie. Tym razem Alex nie będzie do naszej dyspozycji, natomiast Cesc po powrocie z Meksyku wciąż nie jest jeszcze w pełni przygotowany do sezonu. Frimpong całkiem fajnie wyglądał w meczach przedsezonowych. Nie wiem jednak czy walka w środku pola z Gerrardem to coś, na co moglibyśmy się zdecydować na tym etapie jego kariery i naszego sezonu. Jeśli zdolni do gry będą Denilson z Diabym, całkiem możliwe, że to któryś z nich zostanie delegowany do wyjściowej jedenastki. Nie zapominajmy, że jest też Jack Wilshere, błyszczący regularnie we wszystkich meczach towarzyskich przed sezonem. Pod nieobecność Fabregasa, rolę naszego kapitana w środku pola przejąć powinien Nasri. Ta wschodząca gwiazda, może zaliczyć doprawdy wyjątkowy dla siebie sezon.
Z przodu też jest pewne pole manewru. Za pewnik uznać należy obecność człowieka, który jest prawdziwym koszmarem Pepe Reiny. Nikt inny nie ma tak miłych wspomnień z Anfield jak Andriej Arszawin. Na środku ataku wyjdzie zapewne Chamakh, zaś po prawej stronie dylematem pozostaje to, czy rzucić Walcotta do gry od pierwszej minuty, czy też zastosować go jako zmiennika od 60-70 minuty meczu?
Przewidywany skład na to spotkanie:
Fabiański
Sagna – Koscielny – Vermaelen – Clichy
Nasri – Denilson (Diaby) – Wilshere
Walcott – Chamakh – Arszawin
Co do dwóch naszych finalistów MŚ… Spodziewam się, że obaj usiądą na ławce rezerwowych i stanowić będą nasze zabezpieczenie w przypadku jakiegoś bliżej nieokreślonego niepowodzenia. Trudno mi określić ich stan przygotowania do sezonu. Pamiętam jednak pewien wywiad z Robinem, który miał miejsce wiosną. Holender mówił tam, że nigdy nie potrzebował zbyt dużo czasu na powrót do gry na wysokim poziomie. Kilka dni później pojawił się na boisku po raz pierwszy od 5 miesięcy, w meczu z Tottenhamem i zaprezentował się znakomicie. Nie wiem czy fizycznie podołałby już 90. minutom gry, ale jako zmiennik na pewno jest w stanie dać nam upragnionego gola. Z Fabregasem może być podobnie. Taki podwójny dopalacz w drugiej połowie meczu, mógłby być nie lada bonusem. Szkoda, że podobnymi atutami nie dysponujemy w defensywie.
Wszystko czego sobie życzę, to zwycięstwa. W odróżnieniu od innych czołowych zespołów, mielibyśmy za sobą już jeden z trudniejszych kroków tej długiej batalii. Liverpool napsuje krwi jeszcze niejednej drużynie. Uporanie się z nimi na Anfield, przyniosłoby spokój w kolejnych ważnych spotkaniach z teoretycznie słabszymi zespołami.
Tak więc zaczynajmy nowy sezon! Come on you Gunners!!!
Tagi:
Arsene Wenger,
Herbert Chapman,
Liverpool FC,
Premier League,
Roy Hodgson,
Zapowiedź