Bądź na bieżąco - RSS

Wyciszenie, dobre na wszystko.

15. Lipiec 2010 | View Comments | Przemyślenia | Mariusz

Po raz pierwszy w historii (a mam nadzieję, że nie ostatni) wpis na bloga powstaje pod pięknym, czystym małopolskim niebem. Rozumiejąc jak wielkiemu stresowi poddawani są zawodowi piłkarze a zarazem doświadczając kojącego działania polskiej wsi, z największą życzliwością polecam barcelońskim graczom wyjazd na podobny odpoczynek w ich kraju. Liczę na to, że zamiast skupiać całą swoją uwagę na Cescu, zmuszeni będą (tak jak ja w tej chwili) skoncentrować się na łapaniu równowagi. Łatwo bowiem spieprzyć się z tej siatki rozciągniętej pomiędzy dwoma drzewami.

Domyślam się, że podobnych atrakcji nie brakuje na wsiach hiszpańskich. To naprawdę byłoby dla nich świetne rozwiązanie. Z własnego doświadczenia poleciłbym też wyskakanie swoich złości i frustracji na trampolinie. Kilkuminutowe wyżycie się na tym sprzęcie, zdecydowanie zniechęca do generowania dalszych dziwacznych pomysłów.

Taki odosobniony pobyt u hiszpańskiego farmera mógłby być także bardzo pożyteczny dla samego Fabregasa. Naszemu kapitanowi potrzebny jest spokój i czas, w którym wszystko na spokojnie by sobie poukładał, bez tej całej gromady barcelońskich popleczników. Kilkutygodniowa indoktrynacja Cesca musi znaleźć odpowiednie antidotum. Myślę, że Fabregas doskonale zdaje sobie sprawę z tego jak najlepiej zagospodarować ten czas do końca lipca. Najważniejsze, by wraz z początkiem sierpnia przystąpił do treningów z maksymalnym zaangażowaniem i poczuciem takiej odpowiedzialności za drużynę, jak czynił to w ostatnim sezonie.

Nie sposób przejść obojętnie obok sporego wysypu kibiców Barcelony, który wywołał mój poprzedni wpis. Nie ukrywam, że większą przyjemność sprawiłaby mi ta grupa, gdyby pojawili się tutaj w celu wytłumaczeniu mi jakiegoś zawiłego wątku, objaśnienia skomplikowanej sytuacji w ich klubie itp. Niestety większość z nich z umiłowaniem ograniczyło się do prymitywnych inwektyw, w czym wydatnie pomogła mi opcja ‘delete’.

Doskonale wiem, że sukcesy drużyny potrafią skutecznie wyciszyć sumienie. Mimo wszystko dziwię się temu, iż odwiedzili mnie jedynie ci kibice Barcelony, którzy mieli ochotę wyrzucić swe żale na blogu kibiców Arsenalu. Mam nadzieję, że wśród polskich fanów cules są jednak tacy, którzy traktują całą sagę z Cesciem za zwyczajnie niesmaczną. Zarzucanie Arsenalowi i Wengerowi trzymanie Fabregasa na siłę, jest typową oznaką bezczelności i niedojrzałości (lub odwrotnie). Mam dla nich radę: wieś, cisza, hamak i ogólne zluzowanie. Może zrozumieją, że w futbolu wciąż jesze ważniejsze od opinii prezesa Barcelony są zwyczajne kontrakty.

Tagi: ,

Kataloński szacunek i poczucie humoru, którego świat nie rozumie

13. Lipiec 2010 | View Comments | Przemyślenia | Mariusz

Kiedy dzisiejszego poranka obejrzałem TEN FILM prezentujący żałosną postawę kilku hiszpańskich zawodników, nie po raz pierwszy poczułem się dotknięty tym co zobaczyłem. W pierwszym odruchu pomyślałem, że lepiej nie poświęcać temu wydarzeniu specjalnego wpisu, bowiem nie zasługuje ono nawet na wzmiankę w najmniejszej notce prasowej. Zmieniłem jednak zdanie, gdy spostrzegłem, że nie ja jeden jestem oburzony zachowaniem Hiszpanów – niemal wszyscy kibice Arsenalu poczuli się tym dotknięci. Może o to właśnie chodziło – ośmieszyć kapitana Arsenalu?

Czytam ze zdziwieniem, iż miał to być swego rodzaju żart, który przygotowali Fabregasowi jego koledzy z reprezentacyjnej drużyny. Myślę, że pojęcie żartu doskonale jest znane nam wszystkim – najśmieszniejszy jest wtedy, gdy śmieją się z niego wszyscy. W Katalonii najwyraźniej obowiązuje inne pojęcie dowcipu. Na całym świecie jednostronne nagabywania, namawianie i żartowanie grupy w kontrze do jednostki to nic innego jak… sekowanie.

Być może, by zrozumieć nieco lepiej fenomen hiszpańskiego żartu, powinniśmy zniżyć sie na chwilę nad Barceloną i spróbować pojąć ich specyficzne poczucie humoru. Specyfika ta jest nad wyraz widoczna. Oprócz kibiców katalońskich nikt na świecie nie załapał ich poprzedniego żartu, który miał miejsce na Cam Nou po meczu z Interem w ramach Ligi Mistrzów. To musiał być dopiero ubaw. Co tam pojedyncza koszulka. Widok zmoczonych rywali był zapewne powalająco śmieszniejszy.

Oglądam ten film raz jeszcze i zastanawiam się co w trakcie wczorajszego wieczoru robił Reina? Może w jego odczuciu przebieranki są jednak fajowo-zabawne. Żałuję, iż poprzestał na roli konferansjera i sam nie zdecydował się na założenie t-shirtu. A szkoda, bo stracił szansę, by ubawić miliony kibiców Arsenalu. Myślę, że zebrałby niemałe słowa uznania i poszerzyłby grono swoich fanów, gdyby w koszulce Arszawina zreferował publice swoje wspomnienia z tamtego meczu, gdy za sprawą Rosjanina czterokrotnie wyjmował piłkę z siatki.

Jeśli Reina potrafi śmiać sie tylko z innych, to mógł przecież namówić kolegów z reprezentacji, by podobnego manewru jaki zastosowali z Fabregasem, przeprowadzili na Torresie. Tyle tylko, że w przypadku gracza Liverpoolu, wciśnięty na niego trykot mogłaby reprezentować Real. Ten manewr z cała pewnością zebrałby większą reakcję pozytywnych okrzyków – całe przedstawienie odbywało się bowiem w Madrycie.

Kibic Arsenalu zmuszony jest jedynie oglądać, czytać i słuchać to co pojawia się w Hiszpanii na temat Fabregasa i naszego klubu. Sygnały stamtąd pochodzące określam najdelikatniej jak tylko mogę: szacunku z tamtej strony nie doświadczamy. Chciałoby się rzucić kilkoma kurwami, bo po takiej fali arogancji, mamy prawo czuć się bezsilnymi.

Co jeszcze można powiedzieć, napisać, gdy Barcelona za nic ma oficjalne (wystosowane specjalnie w jej kierunku) stanowisko naszego klubu?! Pytanie o to, czy granica kultury i grzeczności została przez Hiszpanów przekroczona – to pytanie retoryczne. Niech kibice, właściciele i sympatycy Barcelony nie dziwą się, że klub ten pośród kibiców Arsenalu, staje się jednym z synonimów najbardziej znienawidzonych drużyn. Żałuję tego, bo sam kiedyś z otwartymi ustami oglądałem popisy zawodników Barcy i darzyłem ten klub niemałą sympatią. Niestety – wiele w tej kwestii się zmieniło.

Jaka jest moja diagnoza? Skąd ten cały cyrk, idiotyczne zachowania po hiszpańskiej stronie? Podejrzewam, że niektórym sukces zbyt mocno uderzył do łba. Nie dziwmy sie temu, bo z sukcesem też trzeba umieć sobie radzić – niektórzy niestety nie potrafią. Zdobycie mistrzostwa świata, tryumf na kontynencie zarówno w rozgrywkach klubowych, jak i reprezentacyjnych, najwyższe na świecie kontrakty i pieniądze lejące się strumieniami – potrafią zawrócić w głowie niejednemu człowiekowi. Najwidoczniej niektórzy poczuli się lepszymi od innych. Ponad prawo i reguły, stawiają to, co oni uważają za słuszne. Spokojnie. Poczekajmy do wiosny i przekonamy się, czy Mourinho uda się tak szybko odbudować Real. Przekonamy się, czy Barcelona sięgnie po tytuł w Hiszpanii i po puchar tego kraju. Zobaczymy, czy uda im się wygrać LM. Wbrew pozorom, porażki bardzo by im pomogły. Ludzie Barcelony być może by spokornieli. Wróciliby do postawy znanej sprzed kilku lat, gdy swoją skromność przeciwstawiali podbojom rynkowym Realu. Może nadejdzie kiedyś taki dzień, gdy za bajońską sumę jeden z podstawowych zawodników Barcelony da się namówić na przenosiny do Realu, a wszystko zostanie okupione wcześniejszą sagą podobną do tej obecnej z Cesciem. Wtedy chętnie wróciłbym do rozmowy o szacunku, klasie i tych wszystkich wartościach, którego od długiego czasu ze strony Barcelony nie doświadczyłem.

Tagi: , , ,

Cesc z pucharem. Robina mi szkoda. Czas na Arsenal

12. Lipiec 2010 | View Comments | MŚ w RPA | Mariusz

W dzień po finałowym meczu, nadal jestem Holendrem. Wciąż zastanawiam się jak zakończyłoby sie wczorajsze spotkanie, gdyby Robben wykorzystał pierwszą setkę, lub poskromił swoją ambicję i parcie na bramkę, przewracając się po faulu Puyola w drugiej dogodnej sytuacji. Choć potrafię z pewnym obiektywizmem przyznać, że (całkowicie spodziewanie) to Hiszpanie mieli inicjatywę przez większą część meczu, to wciąż żałuję porażki Holendrów, która przyszła dopiero w drugiej części doliczonego czasu gry. Większe rozgoryczenie mogło ich dopaść jedynie po serii rzutów karnych.

Nie potrafię przewidzieć, jakie nastawienie prezentowałbym teraz, gdyby to zespół pomarańczowych okazał się najlepszą drużyną globu. Całkiem możliwe, że to z powodu mojej niechęci do niektórych Hiszpanów, postrzegam zakończony turniej tak a nie inaczej – czyli przeciętnie. A może nie…? Może jednak jest coś na rzeczy? Być może złożyło się na to więcej powodów, aniżeli tylko awersja do piłkarzy Barcelony? Wszak wuwuzele, komentatorzy TVP, żałosne studio w wykonaniu „publicznej”, taktyczne szach-matki niektórych zespołów, karygodne błędy arbitrów i niższy poziom sportowy MŚ w porównaniu z ME – być może to wszystko złożyło się w jakimś stopniu na mój ogólny werdykt zakończonych MŚ – nie tego się spodziewałem.

Wracając na chwilę do wczorajszego finału… Nie powinien chyba nikogo dziwić fakt, że niedzielne 120 minut wielu z nas rozpatruje także (a może głównie?) przez pryzmat Robina i Cesca. Nie uciekałem od podobnych skojarzeń i nie zamierzam ukrywać, iż w tym pojedynku naszych zawodników, bez chwili zastanowienia wszystkie (w ramach przysługującej mi władzy) laury i zaszczyty oddałbym naszemu napastnikowi. I nie chodzi tylko o sprawiedliwość dziejową, czy socjalistyczne zasady: wszyscy mają dostać po równo.

Po ostatnim gwizdku Webba nie potrafiłem cieszyć się razem z Cesciem. W tamtym momencie smuciłem się u boku van Persiego. Odczuwam nieopisany ból i zawód, w związku z tym, iż to Hiszpania, a nie Holandia podniosła puchar w geście zwycięstwa. Czy miało to związek jedynie z moim przywiązaniem do Oranje, którym kibicowałem od początku turnieju, czy może prawdziwy powód siedzi gdzieś głębiej?

Mogę zaklinać rzeczywistość, przywoływać cytaty i faktyczne zdarzenia, ale serca jakoś nie potrafię przekonać. Nie sposób mi zaprzeczyć, że ostatnie zawirowania wokół Fabregasa i pośredniego niezdecydowana naszego kapitana (a może nawet oczekiwania na rozwiązanie tej kwestii po myśli Katalończyków) odcisnęło piętno na wizerunku Cesca. Powstała zadra zniknie z całą pewnością (w co wierzę), po pierwszych meczach z udziałem Fabregasa. Niemniej, teraz czuję pewny dyskomfort i nie jest mi z tym najlepiej.

Hiszpanie dali przykład, iż są gotowi posunąć się do wszystkiego. Wiemy jak ekscentryczni i wylewni mogą być południowcy, gdy swój sukces okraszają wyjątkową zabawą. Nawet prezydent Kwaśniewski wiedział doskonale, że najlepsze efekty rozmów i negocjacji osiągane są w towarzystwie zabutelkowanych procentów. Idę o zakład, że Katalończycy nie przegapią takiej okazji do wystosowania ostatecznego ataku. Na szczęście upicie i przekonanie Fabregasa nie wystarczy. Musieliby zastosować tą metodę w stosunku do Wengerze. A że Boss do lampki wina nie siada z byle kim, więc powinniśmy być spokojni.

Kariera van Persiego z całą pewnością zasługuje na większe zaszczyty niż wicemistrzostwo świata. Darzę Holendra ogromną sympatią i z nadzieją upatruję w przegranym finale początku czegoś nowego, co dałoby Arsenalowi i samemu Robinowi dodatkowe paliwo na najbliższy sezon. Van Persie z całą pewnością wyniesie z turnieju niemałe doświadczenie i wyciągnie z niego odpowiednie wnioski. Na własnej skórze przekonał się jak niewielka różnica dzieli tryumf nad Brazylią od porażki z Hiszpanią. Choć dziś ma on prawo czuć się zawiedziony, to ufam, iż w sierpniu zostanie potraktowany przez drużynę jako prawdziwy tryumfator – finalista Mistrzostw Świata. Morale Robina i odpowiedzialność za losy Arsenalu zostaną jeszcze mocniej podbudowane. Obok Fabregasa jest on najbardziej doświadczonym i ogranym zawodnikiem naszego zespołu. Strach pomyśleć jak wyglądałby miniony sezon dla Holendra, gdy wszystko ułożyło się według korzystnego dla niego scenariusza – najlepszy sezon ligowy w karierze, uwieńczony jeszcze lepszym występem w reprezentacji. 5 miesięcy poza boiskiem zrobiło swoje.

Teraz dwóch naszych rodzynków uda się na zasłużony, choć krótki urlop. Arsenal na całe szczęście już za 5 dni rozpoczyna oficjalne przygotowania do nowego sezonu. W sobotnie popołudnie, tradycyjnym sparingiem z Barnet rozpoczynamy nowy etap naszej drogi. Jeśli Wengerowi uda się załatać (a nawet wzbogacić) stan defensywy z minionego sezonu, będziemy na niezwykle silnej pozycji w walce o upragniony tytuł. Niech tylko wszystko ułoży się w odpowiedni sposób, a nie będziemy musieli wybierać zwycięzcy pomiędzy Robinem, a Cesciem. Tryumfatorem musi być Arsenal.

Tagi: , , , ,
  • TWITTER



  • KALENDARZ WPISÓW

    Wrzesień 2010
    P W Ś C P S N
    « sie    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    27282930  

Arsenalizacja on Facebook
Page 1 of 181234510...Last »