Bądź na bieżąco - RSS

EPL: Chelsea 2-0 Arsenal

8. Luty 2010 | View Comments | Podsumowanie meczu | Mariusz

Chelsea 2-0 Arsenal
(Drogba 7′, 22′)

Liczby meczu | Skrót meczu | Komentarz Wengera

Z miejsca muszę przeprosić, że nie potrafię znaleźć w sobie tyle obiektywizmu, ile pozwoliłoby mi napisać neutralny komentarz do naszej obecnej sytuacji. Czuje się zasmucony tym faktem jeszcze bardziej, gdy widzę, że niemal wszyscy z moich znajomych (a więc także kibiców naszego klubu) otwarcie uważają, że nasza walka o tytuł jest skończona. Dziwnie czuję się w tym towarzystwie ze swoją (naiwną?) wiarą w to, co dla innych wydaje być się poza zasięgiem. Czyżbym tak bardzo odjechał od rzeczywistości?

Niełatwo dziś (obok tylu głosów krytyki o rozczarowania) patrzyć pozytywnie i z nadzieją w przyszłość. Nie można się jednak poddawać, skoro szansa wciąż istnieje. Przed nami Liverpool, który notuje ostatnio nieco lepsze wyniki, więc będzie to kolejny trudny sprawdzian. Jednak… jeśli pokonamy The Reds – to w czterech ostatnich spotkaniach zdobędziemy 4 punkty. Pamiętam doskonale, jak wielu kibiców wspominało, iż 7, a nawet 6 oczek to dla nich wynik godny zaakceptowania w tym krótkim maratonie meczów. Jeśli weźmiemy pod uwagę remis Hull City z Chelsea, okazuje się, że wcale nie musimy w tym okresie tak wiele stracić, jak się nam wydaje.

Nie jestem jednak aż tak wielkim idiotą, by stwierdzić, że wszystko jest doskonałe. Wczorajszy mecz był o tyle rozczarowujący, że pierwszy poważny błąd pojawił się już w 7 minucie meczu. Co gorsza, zamieniony został przez rywala od razu na bramkę. Stałe fragmenty gry już od jakiegoś czasu prześladują nas w meczach przeciw Chelsea. Niestety tym razem koszmary powróciły. Piłka zgrana głowa przez Terry’ego na długi słupek padła ofiarą Drogby, który niekryty wepchnął ją do bramki z odległości… 50 centymetrów.

Jeśli przyjrzymy się powtórkom, zobaczymy co robił wtedy Clichy. Tuż przed wykonanym kornerem opuścił swoja pozycję, stając… przed Almunią. Co chciał przez to osiągnąć? Nie mam pojęcia. Song odpowiadał w tej akcji za Grogbę. Biegał za graczem WKS po całym polu karnym i krył go doskonale, ale tylko do momentu. Gdy Alex zobaczył, że piłka nie zmierza w jego kierunku, a w stronę Terry’ego zupełnie zapomniał o swoim zawodniku, zostawiając go niekrytego, tuż przed nasza bramką. Efekt znany jest nam wszystkim.

Zdaję sobie sprawę, jak musieli czuć się wtedy wszyscy fani naszego zespołu. Siedem minut i jebut – frustracja powróciła w całej okazałości. Operatorzy pokazali wtedy ławkę Arsenalu, gdzie Wenger (myślę, że podobnie do nas) wił się i wściekał przy linii bocznej, nie oszczędzając także czwartego sędziego.

Ruszyliśmy odważniej do przodu. Przyznam, że serce mi rosło, gdy widziałem nasze ataki, które z minuty na minutę wyglądały coraz bardziej obiecująco. W końcu dostaliśmy swoją szansę. Fabregas posłał długa, wprost idealną piłkę do nieobstawionego w polu karnym Arszawina. Rosjanin przymierzył z pierwszej piłki, lecz Cech był na tyle dobrze ustawiony, że wybronił ten strzał nogą. Znów pozostają nam tylko przypuszczenia i domysły – co by było gdyby… Andriej znów stał się graczem włączonym do akcji, która miała (być może) kluczowe znaczenie dla dalszych wydarzeń na boisku. Tym razem jednak zrobił chyba tyle, ile mógł. W trudnej sytuacji uderzył czysto, z pierwszej piłki i w światło bramki.

W 23. minucie meczu przypomniał mi się mecz sprzed tygodnia, gdy kontry jedna za drugą wiązały nam nogi i przyprawiały o mocniejsze bicie serca. Budowaliśmy kolejny atak przed polem karnym gospodarzy. Fabregas z Arzawinem i Songiem próbowali przedrzeć się w pole karne Cecha. Po stracie piłki z naszej strony, The Blues jednym podaniem na środek boiska uruchomili Lamparda. Reprezentacyjny pomocnik popędził z piłka kilkadziesiąt metrów i widząc po prawej stronie miejsce dla Drogby – posłał do niego piłkę. Resztę wykonał już sam gracz WKS, mijając Gaela i strzelając przy asyście Vermaelena, obok bezradnego Almunii.

Trudno mi wyrokować kto popełnił w tej sytuacji większy błąd: Thomas czy nasz lewy obrońca? Z całą pewnością brakło komunikacji. W pierwszej fazie akcji wyglądało na to, że Vermaelen będzie pilnował Drogby do końca, stąd zapewne reakcja Clichy’ego, by asekurować środek. Choć z drugiej strony Francuz nie wyglądał na człowieka, który byłby zdecydowany zabrać się za krycie któregokolwiek z nadbiegających rywali. Belg zszedł więc do środka z myślą, że przekazuje Drogbę Clichy’emu.

To jednak jeszcze nie koniec kłopotów, bo fakt, że napastnik Chelsea znalazł się z piłką po prawej stronie pola karnego, nie oznaczało jeszcze, że musi paść z tego bramka. Nasi defensorzy wciąż mieli szansę na zatrzymanie rywala. Clichy poszedł jednak „na raz”, a Vermaelen „zdublował” chyba jego pozycję, dzięki czemu Drogba miał prostą drogą do zbiegnięcia na środek i strzał lewą nogą.

W kwestii Didiera Drogby nie ma chyba wątpliwości. Jest on naszym katem idealnym. Pewnie będzie śnił mi się po nocach, jako główny bohater moich koszmarów. Na Twitterze jeden z blogerów rzucił sugestię godną rozważenia: „Powinniśmy wydać każde możliwe pieniądze, by kupić Drogbę do Arsenalu. Nie po to by nim grać. Zwyczajnie kupić go i gdzieś ukryć”. Wenger na konferencji powiedział tylko, że napastnik z WKS przypilnował swojego rekordu z Arsenalem:

Drogba has respected his record today, unfortunately for us.

W podsumowaniu kolejki, w analizie dla „Match of the Day” świetnie przedstawiono sposób, w jaki Arsenal starał się rozgrywać piłkę pod polem karnym gospodarzy. Chelsea zamurowała się przed własną bramką i broniąc sześcioma graczami, nie dopuszczała nas we własne pole karne. Naszym błędem było pchanie się i próba rozegrania piłki krótkimi podaniami na skraju 16. metra. Nie było tam za wiele miejsca. Nawet Fabregas w owym omówieniu w MotD został „złapany” w sytuacji gdzie, zamiast wybrać opcję podania do niekrytego Clichy’ego po lewej stronie, zdecydował się na zagranie między defensorów Chelsea (bodaj do Arszawina).

Inną kwestią pozostaje gra na prawej stronie z Sagną. Szczególnie w pierwszej połowie spotkania, nasz RB nie decydował się na rajdy, łamanie akcji do środka, podania po ziemi… Regularnie zaś posyłał centry w okolice 5-9 metra. Ponieważ Arszawin nie ma większych szans w walce z Terrym, a tym bardziej z wybiegającym Cechem – to efektu mogliśmy się za każdym razem spodziewać dokładnie takiego samego.

Chyba najznakomitszą sytuacją była dla nas akcja (jednak środkiem) gdy Song podawał prostopadle do Nasri’ego, a Francuz znalazł się w pozycji sam na sam z bramkarzem Chelsea. Zamiast strzelać, zastanawiał się chyba czy nie lepiej byłoby podać na prawo do Walcotta. Finał tych rozważań był taki, że stracił on piłkę i tym samym szansę na zdobycie bramki. Znów zaprzepaściliśmy możliwość dającą nadzieję na wywalczenie choćby remisu.

Wejście Bendtnera raz jeszcze dało nam oddech z przodu. Duńczyk po powrocie z kontuzji wygląda już nieco lepiej. Porusza się swobodniej, lepiej panuje nad piłką i jest zwinniejszy. W jednej z pierwszych akcji wywalczył górną piłkę, po czym został powalony przez Carvalho tuż przed polem karnym. Fabregasowi tym razem nie udało się pokonać bramkarza po uderzeniu z rzutu wolnego i wynik do końca spotkania nie uległ już zmianie.

Nie mogę nie zwrócić uwagi na naszą postawę, po tym jak na tablicy wyników zaświeciła się „dwójka”. Byliśmy innym zespołem niż przed tygodniem. Graliśmy naprawdę fajnie i nikt nie może odmówić naszym chłopcom walki. Walki, pomimo bardzo niekorzystnego wyniku i nikłych szans na zmianę rezultatu. Chelsea faktycznie cofnęła się pod swoje pole karne w oczekiwaniu na ew. kontry. Zastosowali więc taktykę bliźniaczą do tej zaprezentowanej w podobnych okolicznościach przez Fergusona. Tym razem pilnowaliśmy tyłów lepiej i szybkie akcje gospodarzy już nas tak nie nękały. Pracowaliśmy naprawdę ciężko i niewiele brakowało, byśmy mieli tego efekt, w postaci gola.

Wenger na pomeczowej konferencji prasowej przyznał nawet, że jest całkowicie zadowolony z ducha drużyny i tego, co zaprezentowaliśmy na boisku. Zareagowaliśmy według niego tak, jak powinniśmy byli zareagować tydzień wcześniej przeciw Man Utd. Wciąż jednak na początku meczu wyglądamy na niepewnych:

I am completely happy with our performance and the spirit we have shown. For me, as much as we didn’t turn up against Manchester United, today we had the expected performance. We were still a bituncertain at the start of the game.

Wedle Bossa przez całe spotknaie prowadziliśmy na tyle dobrą grę, by móc wrócić do walki strzelonym golem. Trzeba jednak oddać Chelsea, że bronili naprawdę świetnie. Ich drużyna posiada doświadczonych zawodników. Kiedy wychodziliśmy z kontratakiem, potrafili delikatnie sfaulować w taki sposób, by przerwać grę. Były to jednak faule, które nie kwalifikowały się na żółte kartki. Znają sztuczki i zagrania, które charakteryzują doświadczonych zawodników – używali ich wczoraj bardzo dobrze. Staraliśmy się zrobić wszystko, by strzelić choć jedną bramkę. Ostatecznie, gdy drużyna przegrywa w takich okolicznościach, musisz zwyczajnie przyznać, że rywal był lepszy:

I always thought we would come back, I always had that feeling today. But you have to give them credit, they defended very well, they are very experienced at the back. They make the foul at the right time when they are caught on the counter-attack. The little push with the shirt, it is not enough to get a yellow card. They have a lot of tricks of a very experienced team and they do that very well. Overall we tried very hard today and the team gave absolutely everything. Sometimes when you lose you have to acknowledge that with your team.

Boss zapytany czy to już koniec naszej walki o tytuł odrzekł, że co prawda nie jesteśmy w najlepszej pozycji, ale z całą pewnością się nie poddamy. Mamy pecha, że musimy zmierzyć się z trzema najsilniejszymi zespołami Premier League w 3. meczach z rzędu. Z psychologicznego punktu widzenia porażka w jednym ze spotkań ma mentalny wpływ na przygotowania do kolejnego meczu:

I feel that we are not in the best position but we will not give up. We were a bit unfortunate as well in the same period to play Manchester United, Chelsea and Liverpool on the trot. If you lose one game if is very difficult with the psychological implications for the next game.

Niestety, tak jak przed Chelsea, tak samo przed Liverpoolem zanotowaliśmy przegrany mecz. Musimy jednak mieć w głowie świadomość, że najtrudniejsze spotkania w lidze będą już za nami. Do końca sezonu pozostaną nam mecze z niżej notowanymi drużynami. To wciąż szansa na odrobienie punktów do liderującej dwójki. Skoro udało się odrobić kilkanaście punktów z grudnia to dlaczego nie spróbować zrobić tego samego z 9 punktami?

Wczorajszy pojedynek przegraliśmy w moim odczuciu indywidualnymi błędami. Zespół wyglądał już znacznie lepiej niż przed tygodniem. Lepiej, pomimo tego, że rywal wydawał się być silniejszym, a Stamford Bridge wyjątkowo trudnym terenem. Teraz czas na Liverpool. Nie pozostaje nam zbyt wiele dni na wypoczynek i zebranie sił na środę. Tak jak zaznaczyłem na początku: wciąż jest o co grać. Zwycięstwo nad Benitezem może być kluczowym momentem tego sezonu. Z chęcią zobaczyłbym Bendtnera od początku. Musimy zagrać jak o życie. Mając na uwadze fakt, że mamy przed sobą „wolny” tydzień przed kolejnym spotkaniem (w LM z Porto), nie musimy oszczędzać się i rotować składem.

Tagi: , , , , , , , , , ,

EPL: Arsenal 0-3 Chelsea

30. Listopad 2009 | View Comments | Bez kategorii | Mariusz

Cesc vs Chelsea

Przede wszystkim chciałbym przeprosić za spóźniony tekst i okrojony nieco w swej formie. Zrzucam wszystko na barki mojego dostawcy internetu, który zrobił sobie dziś wolne i od rana nie raczył mnie dostępem do sieci. Na szybko więc spisałem pierwsze ważniejsze myśli i je opublikowałem. Wychodzę z założenia, że lepiej w ten sposób niż w ogóle – jutro będą nowe tematy do analizy.

Ten weekend był dla mnie rozczarowujący z kilku powodów. Przede wszystkim wynik spotkania. Porażka na własnym stadionie 0:3 nigdy nie jest sprawą przyjemną. Tym gorzej, jeśli wynik przypomina ci mecz sprzed kilku miesięcy. Mecz będący apogeum naszej rozpaczy minionego sezonu. Rozczarowanie mieszające się ze smutkiem, towarzyszyło mi także w trakcie meczu. Stan ten objawiał się w chwili, gdy znajdowaliśmy się przed polem karnym Chelsea i nijak nie potrafiliśmy znaleźć sobie drogi do bramki Cecha. Dobijające były także zdjęcia pokazujące pustoszejący stadion na 7 minut przed dziewięćdziesiątą minutą meczu. Wiem, że powinienem się do tego przyzwyczaić – widuję przecież te obrazki tak często… no ale tym razem jakoś mnie to mocniej tknęło. Na koniec tej serii rozczarowań i smutków dobiły mnie komentarze kibiców na polskich (i nie tylko) forach Arsenalu.

Musimy przyznać to otwarcie – nie jesteśmy obecnie zespołem, który odważnie, z pewnością siebie, poukładany i zdeterminowany kroczy ku zwycięstwu w lidze. To gracze Ancelottiego wyglądali na boisku na pewnych siebie, przeświadczonych, że nakreślona taktyka przez trenera przyniesie oczekiwany efekt. Skupieni byli głównie na wypełnieniu nałożonych na nich zadań taktycznych. Postawili na defensywę, co okazało się najlepszym rozwiązaniem. Gdy zbliżaliśmy się pod bramkę Cecha, zostawiali nam nieco miejsca po bokach, skupiając się głównie na obronie przed własnym polem karnym. Wiedzieli, że nasze dośrodkowania wielkich kłopotów sprawić im nie mogą. Bardziej obawiali się rozegrania piłki na 20-30 metrze i wrzucenia jej prostopadle w pole karne – tutaj wykonywali największą robotę w defensywie.

Frustrujące mogły być także wysokie, długie centry Sagny, które lądowały na głowach Terry’ego czy Carvalho. Rozwiązaniem mogłyby być dośrodkowania w stylu tych, jakimi popisał się przy golach Ashley Cole. Musiałoby to być jednak zgrane z naszymi ofensywnymi zawodnikami. Tymczasem ani Eduardo ani Arszawin nie wybiegali na krótki słupek, a czekali głęboko między środkowymi obrońcami Chelsea. Nie tu jednak upatrywałem naszej szansy na zdobycie gola. Liczyłem bardziej na szybkie rozegranie piłki, niekonwencjonalne podanie, lub ewentualnie próby strzału zza pola karnego. Brakowało mi często większego ruchu z przodu, by gracz z piłką miał szersze pole manewru przy wyborze podania.

Każdy przed spotkaniem wiedział, że fizycznie ciężko będzie dorównać Chelsea w walce o górne piłki. Upatrywałem naszej szansy w błyskotliwej grze po ziemi, gdzie naszym podstawowym sprzymierzeńcem byłaby technika naszych piłkarzy. Kilka razy otarliśmy się o szansę na zdobycie gola. Mam tu na myśli te dwa lub trzy podania do Eduardo. Chorwat ewidentnie nie jest w formie, jaką prezentował przed kontuzją. Za każdym razem, gdy znajdował się w sytuacji na oddanie strzału, szukał swojej silniejszej nogi. Wystarczy, że wspomnę nasze zwycięstwo 2:1 na Stamford Bridge, gdy dwie bramki strzelił van Persie. To jest właśnie różnica, jaka dzieli tych dwu graczy. Holender wykańczał akcję błyskawicznie, bez namysłu, niemal intuicyjnie. Pierwszy bramka z prawej nogi, zaś druga po obrocie z lewej. Eduardo musi zdawać sobie sprawę, że w meczach z topowymi zespołami każdy kontakt z piłką w polu karnym rywala jest na wagę złota.

Trudno mi ocenić czy Chorwat definitywnie nie nadaje się do gry jako samotny napastnik (musi mieć przy sobie kogoś do pomocy, z kim mógłby rozegrać piłkę i uciec do przodu), czy też spotkanie z Chelsea było dla niego zbyt wymagające w tym momencie, gdy niejako na siłę występuje na tej pozycji, raptem drugi czy trzeci raz w sezonie.

Stwierdzam jednak, że nasza gra na przestrzeni całego spotkania nie była tak zła jak wskazywałby na to wynik. Byliśmy stroną dominującą przez większą część meczu. Działo się tak po części z powodu taktyki stosowanej przez rywala, po części zaś dzięki naszej solidnej pracy w środku pola. Laurki nie zamierzam wystawiać żadnemu z naszych graczy, bo nawet ciężka robota wykonywana przez Rosjanina, nie była wystarczająca do wykreowania okazji strzeleckich. Doceniam jednak nasze zaangażowanie i grę do ostatniej minuty meczu. Po spotkaniu takim jak to, widząc walkę i determinację u każdego z zawodników mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że wygrała drużyna lepsza, bardziej doświadczona i lepiej ze sobą zgrana. Byli mądrzejsi i w pełni wykorzystali wszystkie swoje argumenty.

Uproszczeniem byłoby mówić (tak jak czyni większość po tym meczu), że powinniśmy w styczniu sprowadzić kolejnego napastnika i zastanowić się nad wzmocnieniem kolejnych kilku pozycji. Ludzie nie biorą pod uwagę tego, że mamy przed sobą cały grudzień i rozwiązań musimy szukać już dziś. Są to decyzje nieco bardziej skomplikowane niż wycieczka na zakupy. Zastanawia mnie więc, co zrobi Wenger. Czy będzie szukał dalszych rozwiązań w obowiązującym schemacie taktycznym, czy zdecyduje się na przeorganizowanie drużyny na 4-4-2. Z początkiem sezonu wspominał, że jest taka możliwość, że będziemy do tego ustawienia wracać, jeśli zaistnieje taka potrzeba. Być może jest to najodpowiedniejszy moment na ten ruch.

Wejście Walcotta w przerwie spotkania miało być dla nas ożywczym. Wenger zdecydował, że poświęci Songa dla impetu Theo na prawy skrzydle. Zmiana okazała się niepowodzeniem. Złośliwie mógłbym wspomnieć jedną z reklam z udziałem Anglika: mecz piłki nożnej to nie wyścig na 100 metrów, lecz gra przez 90 minut. Smutno o tym mówić, ale Walcott jest w tym samym miejscu, w którym był przed rokiem. Nie wiem czy jego rozwój wyhamował, czy zwyczajnie potrzebuje kilku kolejnych gier. To już jego kolejny występ gdzie nie dostrzegam w jego grze znaczącego wsparcia dla naszej drużyny.

Podobał mi się za to Traore, który udźwignął presję i zagrał świetne zawody. Był on jednym z jaśniejszych punktów naszego zespołu. Mam nadzieję, że okrzepnie on na lewej obronie i podąży w rozwoju śladami Gibbsa. Ma teraz swoje pięć minut. Niech wykorzysta je jak najlepiej.

Stracone bramki padły stamtąd, skąd bym się ich nie spodziewał. Pierwszy gol to bierna postawa Sagny i Gallasa. Druga bramka to indywidualny błąd Vermaelena i błąd komunikacji między obrońcą i bramkarzem. Gol Drogby można zapisać częściowo na konto Almunii – na co mu były te kroczki w kierunku prawego słupka? Oddać jednak należy Drogbie, że uderzenie było świetne.

Nie szukałbym także usprawiedliwienia w osobie sędziego. Mógł podyktować rzut karny po faulu Sagny na Anelce. Arbiter miał też podstawy do tego, by nie uznać bramki Arszawina. Chwile wcześniej Eduardo wybił piłkę z rąk Cecha.

Konkludując… Chelsea jest wyśmienitym zespołem. Ancelotti poukładał te wszystkie klocki znakomicie. Na własnej skórze przekonaliśmy się, że w meczach najważniejszych, najtrudniejszych, o najwyższe cele, musimy dać z siebie znacznie więcej, niż wynosi nasza średnia w tym sezonie. Okazało się, że solidna (jedynie) gra Cesca, występ na podobnym poziomie Arszawina, brak błysku ze strony pozostałych zawodników – nie wystarczą nam do pokonania lidera Premier League.

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

Przed EPL: Arsenal vs Chelsea

29. Listopad 2009 | View Comments | Bez kategorii | Mariusz

arsenal vs chelsea

Dziś niestety muszę zacząć od informacji o kontuzji van Persie’go. Wczorajsza wiadomość, opublikowana przed południem na oficjalnej stronie Arsenalu, umknęła mi niestety, więc nie było czasu, by się do tego zdarzenia ustosunkować. Naprawiam więc teraz ten błąd.

Wieść, którą podano na kilka dni po feralnym meczu z Włochami, brzmiała, iż Holender nie zagra przez 4-6 tygodni. Było to spore zaskoczenie dla nas wszystkich, bowiem mówiło się wtedy nawet o 4-5 miesiącach przerwy. Tymczasem diagnoza postawiona przez specjalistów brzmiała, jakoby napastnik doznał naderwania więzadeł stawu skokowego – toteż zabieg chirurgiczny nie był w tym przypadku niezbędny.

Nie minęły dwa tygodnie a dopada nas fatalna wiadomość o nowej diagnozie – Robin zerwał całkowicie więzadła, więc operacji nie uniknie. Najwcześniej wróci do piłki około kwietnia. Pomijając moją frustrację (myślałem, że bez Holendra będziemy musieli utrzymać się na powierzchni tylko do końca tego roku) i frustrację Wengera, zastanawiam się jak fatalnie musiał przyjąć tą informację sam poszkodowany. Przed dziesięcioma dniami Holender mówił, że jest gotów zjeździć wszystkie kraje, wszystkich znachorów i uzdrowicieli, byle tylko skrócić czas oczekiwania na powrót do gry. W umyśle van Persie’go zapewne przewidywany czas 4-6 tygodni skracany był do 3-4. Powtarzał, że bardzo chce pomóc drużynie w walce o najwyższe cele. Tymczasem w ostatnich dniach usłyszał nową diagnozę – niemal pół roku bez gry. Pół roku to koniec sezonu dla tego piłkarza. Tragiczna informacja.

Nie sposób nie wrócić do kwestii podstawowej, wspomnianej także przez Wengera:

„Countries just take your player away for a friendly and then give him back and say: ‘There you go.’ It doesn’t happen in any other sport. It’s a joke and is so disrespectful.”

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że futbol oparty jest na prostych i czytelnych zasadach, gdzie wszystko jest zgrabnie poukładane, a przepisy są jasne dla wszystkich. Dziwi się człowiek niezmiernie, kiedy dochodzi do wniosku, że do tej pory nie uregulowana została kwestia odpowiedzialności za graczy w drużynach narodowych. Kluby są i będą pracodawcami dla zawodników i nikt nie ma prawa być zdumionym, że oburzają się one, gdy z powodu kontuzji zawodnika w nic nieznaczącym meczu towarzyskim, półroczna praca z tym graczem w klubie, idzie na marne. Wygląda na to, że w przypadku Robina, holenderska federacja umyślnie wprowadziła w błąd nasz sztab medyczny, źle diagnozując uraz naszego napastnika. Cała sprawa wygląda bardzo niesmacznie i stawia Arsenal w trudnej sytuacji.

Kończąc tę kwestię, chcę tylko dodać, że o ile do tej pory uważałem, iż nie znajdujemy się na straconej pozycji z powodu kontuzji Holendra (okres 6 tygodni wydawał się być odległy, ale nie aż tak odległy byśmy nie mogli poczekać na van Persie’go i zacząć odbudowywać jego formę z początkiem stycznia), o tyle teraz widzę, że Wenger będzie musiał podjąć odważniejsze i konkretniejsze decyzje, które będą miały znaczny wpływ na nasze wyniki w tym sezonie.

Pozostawiając (przynajmniej dziś) sprawę Robina, wybiegam już myślami do potyczki z Chelsea. Z ręką na sercu przyznam, że czułbym się znacznie, znacznie lepiej gdybym wiedział, że w ataku zagra z nami RvP a w obronie nie zabraknie Gallasa i Clichy’ego bądź Gibbsa. Nie potrafię odpędzić w tym momencie myśli związanych z ostatnim meczem jaki rozegraliśmy z The Blues na własnym stadionie. Nasza sytuacja kadrowa była wtedy nie do pozazdroszczenia. Mentalnie także byliśmy rozbici po spotkaniach z Man Utd. Zagraliśmy wtedy z Fabiańskim w bramce i z parą Toure – Silvestre na środku obrony. Od początku meczu postawiliśmy na atak i dzięki temu mieliśmy kilka dogodnych sytuacji – najczęściej kreowanych na prawej stronie (gdzie grał Walcott). Najlepsze okazje na zdobycie gola mieli Walcott i Diaby. Po świetnym naszym początku, Chelsea uderzyła raz ale boleśnie. Po stałym fragmencie gry Alex uderzył głową, pokonując bezradnego Łukasza. Później potoczyło się wszystko lawinowo i ostatecznie polegliśmy na własnym stadionie 1-4.

Módlmy się, byśmy w dzisiejszym meczu znów nie stracili Gallasa. Nie wiem jak analizuje to Wenger, ale jeśli nawet Gallas nie widzi za dobrze na to jedno oko, to i tak może zagrać lepiej niż Silvestre. Ja nie widzę dziś innej możliwości niż zagranie dwoma środkowymi obrońcami w postaci pary Varmaelen – Gallas. Nawet jeśli Will miałby wystąpić w opasce pirata.

Idealnych zastępców na tą pozycję nie mamy. Silvestre już dwukrotnie w meczach przeciw Chelsea nie zaprezentował najwyższej formy i ponosi odpowiedzialność za niejedną bramkę, która straciliśmy w meczach z The Blues. W grę wchodziłoby także ew. przesunięcie Songa na pozycję CB. Tyle, że wtedy sami zacisnęlibyśmy sobie sznur wokół szyi, ograniczając świetnego Alexa do zadań wyłącznie defensywnych i osłabiając się jednocześnie w środku pola.

Następne schody zaczynają się przy obstawieniu pozycji naszego bocznego obrońcy. Na prawej stronie wszystko jest jasne – powinien zagrać Sagna. Na lewej zaś pojawia się problem. Brak Clichy’ego i kontuzja Gibbsa kierowałyby nasz wybór w kierunku Traore. Dla tego lewonożnego piłkarza jest to odpowiednia pozycja. Należy jednak brać także pod uwagę to, co może zaoferować nam Armand w trakcie meczu. Ofensywnie nie można mu wiele zarzucić. Jego gra defensywna może napawać obawami. Wenger zapowiedział, że wciąż zastanawia się nad wyborem gracza na tą pozycję. W grę wchodzi właśnie Traore oraz ew. przesunięcie Eboue na lewą stronę. Uwierzcie mi, że nie jestem gotów jednoznacznie określić, która opcja byłaby dla nas lepsza. Ufam, że Wenger widząc na co dzień obu zawodników, podejmie właściwą decyzję.

W pomocy sprawa juz nie jest dla mnie tak skomplikowana. Bez dwóch zdań, pewniakami są tutaj Fabregas i Song. Pozostaje do obsadzenia ta ostatnia pozycja. Myślę, że nie będę odosobniony w przeczuciach, że po wtorkowym meczu i świetnym występie Denilsona, jest on głównym kandydatem do wyjściowego składu. Nie chodzi tutaj nawet o ten pojedynczy występ (choć był on świetny). W meczu takim jak ten dzisiejszy, widziałbym w naszej drużynie trzech solidnych zawodników w środku pola, którzy potrafią wspólnie tyrać w defensywie, ale w razie nadarzającej się okazji, wszyscy są w stanie zagrać fantastyczną piłkę do przodu. Nie widzę w naszym zespole lepszej trójki niż wspomniana wyżej, od której moglibyśmy oczekiwać tak wyważonego balansu między umiejętnościami defensywnymi i ofensywnymi.

Z przodu pojawiają się za to kolejne wątpliwości personalne. Ja widziałbym na środku ataku Eduardo (którego spodziewam się zobaczyć dzisiaj na tej pozycji). Na lewej stronie (pomimo jego problemów natury psychicznej) wystawiłbym Arszawina. Rosjanin nie zachwyca w tym sezonie, tak jak robił to na wiosnę, tuż po transferze do Londynu. Odnoszę jednak wrażenie, że Andrzejowi w ukazywaniu swoich najwyższych umiejętności pomagają wyjątkowe mecze. Cztery gole przeciw Liverpoolowi czy mecz na Old Traford w tym sezonie pokazały, że Arszawin świetnie czuje się w spotkaniach o stawkę. Liczę bardzo mocno na niego w dzisiejszym meczu.

Po przeciwnej stronie mam więcej obiekcji. Zastanawiam się między Rosickym a Nasrim. Nie potrafię jednoznacznie ocenić (tak jak w przypadku obsady LB), który z tych graczy z cała pewnością sprawdziłby się lepiej w tym meczu. Z jednej strony widziałbym doświadczonego Czecha, który nieszablonowym i przebojowym zagraniem mógłby stworzyć dogodną sytuację strzelecką. Z drugiej strony, dwie ostatnie bramki po powrocie młodego Francuza mogą dawać do myślenia – jest skuteczny. Tak więc pozostaję bez sprecyzowanego poglądu, zawierzając decyzji AW. Walcott najprawdopodobniej zasiądzie na ławce rezerwowych, wprowadzając go w drugiej części meczu na nieco zmęczonego rywala (wykorzystując jego szybkość).

W piątkowym magazynie ATVO tradycyjnie Stewart Robson przedstawił swoją wyjściową jedenastkę na najbliższy ligowy mecz. Prezentowała się ona tak:

Nie opierając się tylko na powyższej grafice, ale ogólnie na tych piłkarzach, jakich mamy do dyspozycji – widzimy, że nasz atak nie prezentuje się tak okazale (w centymetrach) jak byśmy sobie tego mogli życzyć. Będziemy zmuszeni najprawdopodobniej do zmaksymalizowania naszej gry po ziemi. Podania powinny być szybsze, a ruch zawodników z przodu większy niż zazwyczaj. Powinniśmy maksymalnie rozciągać grę, by znaleźć lukę w tej ścianie defensywy. Mile widziane byłyby też celne uderzenia z dystansu.

Jak zagrają nasi rywale? Wczoraj swój skład zaprezentował nam nasz rozmówca Michał Zachodny. Zasugerował, że Ancelotti wystawi do gry zespół: Cech – Ivanović/Belletti, Terry, Carvalho, A. Cole – Essien, Ballack, Lampard, Deco – Anelka, Drogba. Nie znajdziemy wśród tych graczy jakiegoś specjalnie słabego ogniwa. Rozczarowaniem skończyły się także życzenia niektórych kibiców Arsenalu, modlących się o kontuzje i osłabienia obecnego lidera rozgrywek.

Atak Drogba – Anelka to chyba najgorsza dla nas mieszanka. Obaj zawodnicy (wcześniej w różnych klubach) potrafili strzelać bramki drużynie Wengera. Czy to po indywidualnych błędach naszych obrońców (Drogba vs Senderos), czy też po fantastycznych indywidualnych akcjach i strzałach z dystansu (Anelka) – doświadczaliśmy odnawialnej katorgi. Teraz dwójka ta współpracuje świetnie w jednym ataku i aplikuje kolejnym przeciwnikom seryjne gole. Tak, to jest powód do obaw – oni mają na nas patent.

Z powodu braku w dzisiejszym meczu RvP, Bendtnera i Diaby’ego nie wyglądamy na osiłków i gladiatorów mogących walczyć w powietrzu jak równy z równym. Zakładam, że wiele czasu w trakcie treningów poświęcił Ancelotti na ćwiczenie stałych fragmentów gry. Zanim jednak zaczniemy martwić się o główkowanie pod naszą bramką, zwróćmy wcześniej szczególną uwagę na Drogbę. Ten „uwielbiany” przez wszystkich kibiców Arsenalu piłkarz, wykazuje się swoistą zależnością – im bliżej znajduje się naszej bramki, tym trudniej utrzymać mu się na nogach. Chłop wygląda jak czołg, który mógłby pędzić na bramkę z uwieszonymi u szyi trzema naszymi obrońcami. Ale nie dajcie uwieźć się pozorom – jest on nad wyraz chybotliwy i niestabilny kolosem.

Natchnieniem dla Wengera może być Alex Ferguson. Co prawda przegrał on z Ancelottim na Stamford Bridge w tym sezonie, jednak jego pomysł na grę przeciw Chelsea miał szansę wypalić. Man Utd przez większą część meczu wyglądał lepiej, pomimo tego, że grali na wyjeździe. Ancelotti może poszczycić się nie lada wyczynem. W tym sezonie na własnym stadionie jego zespół wygrał wszystkie 7 spotkań ligowych. Bilans bramkowy także godny pozazdroszczenia (20-1). Nieco gorzej The Blues radzą sobie poza swoja twierdzą. W dotychczasowych 6 meczach odnieśli już dwie porażki (z Aston Villa i Wigan) a ich bilans bramkowy w tych spotkaniach to 13-7.

Wenger i jego drużyna ma podstawy do optymizmu. Arsenal poza Londynem także nie zachwyca, jednak przed własną publicznością z rozegranych 5 meczów, wygrał wszystkie, strzelając 20, a tracąc 4 gole. Powinniśmy wyjść więc na boisko z przeświadczeniem, że nawet w przypadku pojedynczego błędu, chwilowego niepowodzenia, jesteśmy w stanie odwrócić losy meczu – tak jak to robiliśmy niejednokrotnie w tym sezonie. Możemy stracić dziś gola, ale mamy w sobie wystarczająco wiele wiary i umiejętności, by wygrać ten mecz.

Pamiętajmy, że nasze zwycięstwo lub ewentualna porażka niczego nie przesądzi. Sezon jest wciąż długi i trudne chwile dopadną niejedną z drużyn. Dzisiejszy wynik może być dodatkową pomocą lub przeszkodą w dalszej części rozgrywek, ale nie zagwarantuje żadnej ze stron sukcesu w dalszym wyścigu.

Z wiarą i w podnieceniu oczekuję początku spotkania. Come on you Gooners!!!!!!

Tagi: , , , , , , , , , , ,
  • TWITTER



  • KALENDARZ WPISÓW

    Wrzesień 2010
    P W Ś C P S N
    « sie    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    27282930  

Arsenalizacja on Facebook