Bądź na bieżąco - RSS

Jeszcze o weekendzie, bo nie daje mi to spokoju

29. Marzec 2010 | View Comments | Przemyślenia | Mariusz

Dziś będzie krótko i nieco przelotnie. Poniedziałek był dla mnie pracowity, więc na szybko spiszę przemyślenia, jakie trafiły mnie tego dnia.

Dopiero co skończyłem oglądać sobotni „Match of the Day” (niedzielne wydanie zostawię sobie chyba na jutro). Jeśli ktoś z Was nie ma tego już za sobą, niech nie próbuje oglądać skrótów Chelsea i Man Utd. Nie warto się irytować w dwa dni po rozczarowującym remisie z Birmingham.

Nadmienię jedynie, że Aston Villa poddała się już w pierwszej połowie meczu, zaś United mieli mocno pod górkę, dopóki wyniku nie napoczął obrońca Boltonu… samobójczym golem. Czarę goryczy przepełnia kolejny faul Vidića, za który tym razem defensor MU nie zobaczył nawet żółtej kartki (Elmander zalał się krwią od ciosu łokciem). Byłbym niebywale zaskoczony, gdyby FA schyliło się nad Vidićem i po dwóch jego brutalnych zagraniach zastanowiło się choćby nad jednym meczem kary. Nie no, schodzę na ziemię…

W następną ligową kolejkę wejdę więc z życzeniem: niech się dzieje wola nieba… Jeśli Man Utd pokonała na Old Trafford Chelsea, będziemy w mocno trudnej sytuacji. Jeśli Ferguson nie wygra z Ancelottim, a my pokonamy na własnym stadionie Wolverhampton – wrócimy do korzystnej sytuacji sprzed ostatniej kolejki. Nasi chłopcy winni złapać wtedy duży oddech i świadomi wagi kolejnych meczów, wypruwać flaki w walce o serię zwycięstw do ostatniej kolejki. Dlatego – jak mówię – niech się dzieje wola nieba…

Po Birmingham morale zespołu wyraźnie podupadły. Arszawin na swojej stronie internetowej mówi, że remis ten bardzo mocno dotknął zarówno Bossa, jak i cały zespół. Z jednej strony to zrozumiałe i pożądane zachowanie. Z drugiej jednak, nie mamy zbyt wiele czasu na rozpamiętywanie soboty, bo za chwilę gramy z Barceloną, a chwilę później z Wolves. Powinniśmy się pozbierać i wyjść do tych spotkań na pełnej… z pełnym zaangażowaniem.

Wciąż zadaję sobie pytanie czy Fabregas będzie w stanie rozegrać w środę pełne spotkanie – na pełnię swoich możliwości. Przyznaję szczerze, że coraz trudniej uwierzyć mi w Fabregasa jako naszego zbawcę w meczu z Barceloną. Po pierwsze już sam jego występ stoi pod znakiem zapytania. Po drugie, nawet jeśli zagra, to jak dalko będzie on od swojej optymalnej dyspozycji fizycznej?

Fabregas wciąż pozostaje niezwykle ważnym zawodnikiem i mentalną ostoją drużyny. Tyle że w ostatnich pojedynkach nie ma już tak istotnego wpływu na osiągane przez nas rezultaty. Nie jest tak błyskotliwy, jakim był we wcześniejszej fazie sezonu. Można to oczywiście potraktować jako komplement dla naszej drużyny, że pomimo słabszej dyspozycji kluczowego pomocnika wciąż odnosi zwycięstwa (nie liczymy ostatniej soboty). Jedno jest pewne – kolejne urazy wcale nie pomagają Fabregasowi w ustabilizowaniu formy.

Jutrzejsza konferencja prasowa Wengera powinna dać nam odpowiedź na kilka bardzo ważnych pytań. Przyznaję, że dziś nie myślałem jeszcze o Barcelonie (mój mózg wciąż świdrowany był przez ten ligowy remis). Obiecuję, że od jutra zaczynam budować atmosferę przed środowym meczem. Nie ma innego wyjścia!

Na koniec ostatni akcent z Birmingham… Nie wiem skąd się to u mnie bierze, ale wyczuwam, że mam pociąg do zawodników, którzy przekonują mnie (w tym przypadku innych), iż wiele z opinii padających pod ich adresem w ostatnim czasie, było przestrzelonych o lata świetlne. Obok Songa niechże więc i Diaby będzie kolejnym z moich szczególnie wielbionych piłkarzy Arsenalu. W opozycji do wszystkich krytycznych werdyktów i podważania tezy, iż każdy (nawet wysoki) zawodnik może być dobrym dryblerem o świetnej technice – mam przyjemność zaprezentować performance Abou Diaby’ego w meczu przeciw Birmingham:

Tagi: , , , , ,

EPL: Stoke 1-3 Arsenal

27. Luty 2010 | View Comments | Podsumowanie meczu | Mariusz

Stoke 1-3 Arsenal
(Pugh 8′Bendtner 32′, Fabregas 90′ pen, Vermaelen 90′)

Liczby meczu | Skrót meczu | Komentarz Wengera

W poprzednim wpisie, przed meczem ze Stoke napisałem:

Obiecuję, że w przypadku naszego zwycięstwa, nie będę zajmował się stylem naszej gry, jakością podań, dośrodkowań, strzałów… Możemy zagrać najgorszy, najbardziej nudny, brzydki i frustrujący mecz. Do mojej świadomości jestem dziś w stanie dopuścić wszystko, pod warunkiem, że wygramy tam choćby i 1:0.

Po pierwsze, tak jak zapowiedziałem w sobotę, nie będę dziś zajmował się stylem naszej gry, oceną poszczególnych zawodników, przeprowadzanych akcji jednym bądź drugim skrzydłem, ani żadnymi podobnymi czynnikami. Po pierwsze: nie potrafiłbym na chłodno analizować naszej gry po 65 minucie meczu, gdy każdy z naszych chłopaków miał w głowie widok kontuzjowanego Ramsey’a. Po drugie: wciąż nie obejrzałem całego meczu, gdyż skupiłem się w całości na czytaniu pomeczowych wniosków i reakcji zarówno naszej drużyny, jak i kibiców Arsenalu.

Niefortunnie dziś brzmiące zdanie będące mojego autorstwa i wyrażone wczoraj, że „jestem w stanie dopuścić do mojej świadomości wszystko, byle tylko mecz zakończył się naszym zwycięstwem” – rani mnie wyjątkowo. W najczarniejszych snach nie przypuszczałem, że możemy zwycięstwo okupić takim kosztem. Wziąłbym w ciemno ten remis z przerwy wczorajszego meczu, jeśli miałoby to oznaczać, że Ramsey dogra spotkanie do końca i będzie wspomagał zespół w walce o tytuł, aż do ostatniej kolejki.

Pomimo tego, iż nie widziałem pierwszej części meczu, czuję się upoważniony do tego, by napisać kilka słów o wczorajszym spotkaniu. Nikt nie ma wątpliwości, że to, co najważniejsze, wydarzyło się w drugiej połowie. Eskalowało od 65 minuty, mając dalszy wydźwięk, aż do końcowego gwizdka sędziego (a także już po nim).

Rozpocznę od Ryana Shawcrossa, by skończyć jego temat i mieć to za sobą. Tak, oglądałem powtórki feralnego zajścia. Uważam, że zawodnik Stoke nie popisał się wyjątkowym okrucieństwem. Nie nazwałbym wyniku tego faulu jako niefortunnego czy pechowego (o czym nieco później) ale nie będę też wyzywał Shawcrossa od chamów i brutali. Być może przez najbliższe dni będzie mocno przeżywał sobotnie zajście. Mam nadzieję, że znajdzie czas, by odwiedzić Aarona w szpitalu, przeprosić go za zajście raz jeszcze i po ludzku z nim pogadać. Tyle o obrońcy Stoke.

Ze zrozumiałych powodów bardziej martwię się o Ramsey’a. Wiem jak łatwo zbudować po tragicznym zdarzeniu obraz człowieka, którego się uwielbiało i patrzyło w jego stronę z wielką nadzieją. Przyznaję z ręką na sercu, że Aaron był, jest i będzie jednym z moich ulubionych zawodników. Zawsze urzekała mnie jego skromność, rozsądek w wygłaszanych opiniach, twarde stąpanie po ziemi i maksymalne skupienie się na pracy. Z prawdziwą dumą oglądałem każdy mecz, w którym udowadniał, iż jego progres nabiera tempa i zmierza w dobrym kierunku.

Obecny sezon w wykonaniu Aarona jest nieprawdopodobny. Nie ma osoby, która nie przyznałaby, że mamy w składzie wyjątkowy talent, który w wieku 19 lat prezentuje prawdziwą klasę i jakość. Niezależnie od tego, czy był to Wenger, Fabregas, czy ktokolwiek inny z naszej drużyny – wszyscy podkreślali, jak wielki krok naprzód zrobił on w ostatnim roku. Dowodem tego był udział Ramsey’a w 29 meczach Arsenalu w tym sezonie. W tylu spotkaniach sezonu 2009/10 zaczynał on spotkanie od pierwszych minut bądź też był wprowadzany w trakcie spotkania. Pomimo młodego wieku, stanowił o sile naszej drużyny i był wielokrotnie piłkarzem decydującym o losach spotkania. Zdobywał ważne gole, popisywał się kapitalnymi podaniami.

Tak jak powiedział po meczu Wenger: nie sposób cieszyć się wynikiem po takiej kontuzji Aarona. Chyba nie tylko ja mam wrażenie, że 65 minuta meczu ze Stoke momentalnie zatrzymała rozwój tego fantastycznego chłopaka. W wieku 19 lat organizm piłkarza chłonie wiedzę jak gąbka. Wszystko przychodzi z niesamowitą łatwością. Ostatni rok w karierze Walijczyka pokazał nam, jak ogromny postęp może poczynić gracz w jego wieku. Od teraz, przez kolejne długie miesiące Ramsey zostanie wyłączony z tego procesu. Zrozumiałe więc są obawy związane z jego powrotem po tak długiej przerwie i odrodzeniem się dawnej sprawności. Diaby po swojej kontuzji potrzebował na to kilka lat. Eduardo do dziś nie może znaleźć tamtego błysku, którym zachwycał nas przez kontuzją.

Jest też inna kwestia, która spędza mi sen z powiek. Jak do cholery może wyglądać psychika Aarona po takim zajściu? Patrzę na skróty z jego najlepszych występów obecnego sezonu i widzę gracza odważnego, przebojowego, który bez kompleksów wdaje się w drybling z rywalem, który swoimi rajdami ośmiesza przeciwników, walczy o każdą piłkę, jest twardy i zdecydowany. Jak może wyglądać jego powrót po tak traumatycznym doświadczeniu? Czy wpłynie to na jego dalszy rozwój? Czy może to później oddziaływać na jego sposób gry i tą porywającą przebojowość? Obawiam się, że tak.

Widząc to, co działo się w owej 65 minucie meczu, z oczywistych względów miałem przed oczyma obraz Eduardo sprzed dwóch lat i podobny widok naszej drużyny. Vermaelen, Fabregas i inni z założonymi rękami na głowę, nie mogli uwierzyć w to, co się stało. Campbell wściekły kipiał emocjami, wyrzucając zapewne w stronę sędziego kilka dosadnych określeń i nie pozwalając sobie na dobrotliwe pogłaskiwanie ze strony graczy Stoke. Był też Clichy, który mignął mi przez moment, poklepując Vermaelena, jakby chciał powiedzieć „pozbierajmy się!”. Cały zespół miał jednak w pamięci tamto bliźniaczo podobne zajście z Eduardo i świadomość, że stanęli na rozdrożu. Albo obrócą to zdarzenie w dojmującą chwilę smutku, albo da im to dodatkowej siły, by zrozumieć, że mają tu jeszcze coś do zrobienia.

Reakcja zespołu była najlepsza z możliwych. Zaatakowaliśmy Stoke z jeszcze większą energią. Bramka po rzucie karnym wykorzystanym przez Cesc’a i późniejszy trzeci gol strzelony przez Vermaelena dały mi nieopisaną radość. Duma – to chyba najlepsze z określeń, jakie przychodzi mi na myśl po sobotnim zwycięstwie. Przyznaję, że mocno zaszkliły mi się oczy, gdy widziałem naszych chłopców wiwatujących po obu bramkach. Jeszcze mocniej ścisnęło mi się gardło, gdy ujrzałem Cesc’a dedykującego bramkę Aaronowi oraz Campbella i Vermaelena wyrzucających z siebie całe nagromadzone napięcie.

Po ostatnim gwizdku sędziego Fabregas zwołał wszystkich na środek boiska. Kanonierzy stanęli w kółeczku. Zapewne padły słowa o jedności, charakterze i dalszej walce dla Aarona. Przewiduję, że podobna rozmowa miała miejsce w szatni, gdzie swoje słowo dorzucił i Wenger.

Przed meczem życzyłem sobie, by nasze zwycięstwo nad Stoke stało się „punktem zwrotnym” tego sezonu. By od tego czasu mentalność naszej drużyny krzyczała „idziemy po tytuł”. Teraz jestem pewny, że niezależnie od tego jakie przeszkody staną nam na drodze, będziemy parli do przodu z całych sił. W sobotę narodziła się drużyna, której marzenie jest jedno – doprowadzić Aarona do podium, na którym uniesie on nad głowę puchar.

Na koniec jeden akapit odnoszący się do kolejnej tragicznej kontuzji naszego zawodnika… Jako fanowi Arsenalu ciężko zrozumieć mi argumentację niektórych z publicystów, którzy próbują wyciszyć frustrację naszych kibiców stwierdzeniem: „to było kolejne przypadkowe starcie zakończone przypadkową, fatalnie wyglądającą kontuzją”. Jak wcześniej napisałem, nie zamierzam kamienować Shawcrossa. Fakty jednak nasuwają inne wytłumaczenie.

Oto dowód.

W ostatnich latach dotknęły nas trzy fatalne kontuzje. Najpierw padło na Diaby’ego, który w spotkaniu z Sunderlandem doznał złamania stawu skokowego. Później podobnego urazu nabawił się Eduardo w meczu z Birmingham. Teraz ofiarą jest Ramsey przeciw Stoke City. Zwracam uwagę: Sunderland, Birmingham, Stoke. Trzy drużyny z grupy tych ekip, które od X lat nie boją się mówić, że mają sposób na grę z Arsenalem: „trzeba ich kopać”.

Czy kiedykolwiek ktoś z władz FA zwrócił uwagę na te słowa? Nie pamiętam. Czy komentujący w MotD Alan Hanson byłby dziś w stanie powtórzyć raz jeszcze, że „Arsenal nie potrafi grać z twardymi zespołami i odpowiadać na ich faule”? Sprawę po imieniu nazwał Fabregas, który tuż po meczu podzielił się dla Sky własną opinią.

PS. Zaskakujące, że we wczorajszym „Match of the Day” (link na górze wpisu) poświęcono Shawcrossowi więcej ciepłych słów, niż zwijającemu się ze złamaną nogą Ramsey’owi.

Tagi: , , , , , ,

EPL: Chelsea 2-0 Arsenal

8. Luty 2010 | View Comments | Podsumowanie meczu | Mariusz

Chelsea 2-0 Arsenal
(Drogba 7′, 22′)

Liczby meczu | Skrót meczu | Komentarz Wengera

Z miejsca muszę przeprosić, że nie potrafię znaleźć w sobie tyle obiektywizmu, ile pozwoliłoby mi napisać neutralny komentarz do naszej obecnej sytuacji. Czuje się zasmucony tym faktem jeszcze bardziej, gdy widzę, że niemal wszyscy z moich znajomych (a więc także kibiców naszego klubu) otwarcie uważają, że nasza walka o tytuł jest skończona. Dziwnie czuję się w tym towarzystwie ze swoją (naiwną?) wiarą w to, co dla innych wydaje być się poza zasięgiem. Czyżbym tak bardzo odjechał od rzeczywistości?

Niełatwo dziś (obok tylu głosów krytyki o rozczarowania) patrzyć pozytywnie i z nadzieją w przyszłość. Nie można się jednak poddawać, skoro szansa wciąż istnieje. Przed nami Liverpool, który notuje ostatnio nieco lepsze wyniki, więc będzie to kolejny trudny sprawdzian. Jednak… jeśli pokonamy The Reds – to w czterech ostatnich spotkaniach zdobędziemy 4 punkty. Pamiętam doskonale, jak wielu kibiców wspominało, iż 7, a nawet 6 oczek to dla nich wynik godny zaakceptowania w tym krótkim maratonie meczów. Jeśli weźmiemy pod uwagę remis Hull City z Chelsea, okazuje się, że wcale nie musimy w tym okresie tak wiele stracić, jak się nam wydaje.

Nie jestem jednak aż tak wielkim idiotą, by stwierdzić, że wszystko jest doskonałe. Wczorajszy mecz był o tyle rozczarowujący, że pierwszy poważny błąd pojawił się już w 7 minucie meczu. Co gorsza, zamieniony został przez rywala od razu na bramkę. Stałe fragmenty gry już od jakiegoś czasu prześladują nas w meczach przeciw Chelsea. Niestety tym razem koszmary powróciły. Piłka zgrana głowa przez Terry’ego na długi słupek padła ofiarą Drogby, który niekryty wepchnął ją do bramki z odległości… 50 centymetrów.

Jeśli przyjrzymy się powtórkom, zobaczymy co robił wtedy Clichy. Tuż przed wykonanym kornerem opuścił swoja pozycję, stając… przed Almunią. Co chciał przez to osiągnąć? Nie mam pojęcia. Song odpowiadał w tej akcji za Grogbę. Biegał za graczem WKS po całym polu karnym i krył go doskonale, ale tylko do momentu. Gdy Alex zobaczył, że piłka nie zmierza w jego kierunku, a w stronę Terry’ego zupełnie zapomniał o swoim zawodniku, zostawiając go niekrytego, tuż przed nasza bramką. Efekt znany jest nam wszystkim.

Zdaję sobie sprawę, jak musieli czuć się wtedy wszyscy fani naszego zespołu. Siedem minut i jebut – frustracja powróciła w całej okazałości. Operatorzy pokazali wtedy ławkę Arsenalu, gdzie Wenger (myślę, że podobnie do nas) wił się i wściekał przy linii bocznej, nie oszczędzając także czwartego sędziego.

Ruszyliśmy odważniej do przodu. Przyznam, że serce mi rosło, gdy widziałem nasze ataki, które z minuty na minutę wyglądały coraz bardziej obiecująco. W końcu dostaliśmy swoją szansę. Fabregas posłał długa, wprost idealną piłkę do nieobstawionego w polu karnym Arszawina. Rosjanin przymierzył z pierwszej piłki, lecz Cech był na tyle dobrze ustawiony, że wybronił ten strzał nogą. Znów pozostają nam tylko przypuszczenia i domysły – co by było gdyby… Andriej znów stał się graczem włączonym do akcji, która miała (być może) kluczowe znaczenie dla dalszych wydarzeń na boisku. Tym razem jednak zrobił chyba tyle, ile mógł. W trudnej sytuacji uderzył czysto, z pierwszej piłki i w światło bramki.

W 23. minucie meczu przypomniał mi się mecz sprzed tygodnia, gdy kontry jedna za drugą wiązały nam nogi i przyprawiały o mocniejsze bicie serca. Budowaliśmy kolejny atak przed polem karnym gospodarzy. Fabregas z Arzawinem i Songiem próbowali przedrzeć się w pole karne Cecha. Po stracie piłki z naszej strony, The Blues jednym podaniem na środek boiska uruchomili Lamparda. Reprezentacyjny pomocnik popędził z piłka kilkadziesiąt metrów i widząc po prawej stronie miejsce dla Drogby – posłał do niego piłkę. Resztę wykonał już sam gracz WKS, mijając Gaela i strzelając przy asyście Vermaelena, obok bezradnego Almunii.

Trudno mi wyrokować kto popełnił w tej sytuacji większy błąd: Thomas czy nasz lewy obrońca? Z całą pewnością brakło komunikacji. W pierwszej fazie akcji wyglądało na to, że Vermaelen będzie pilnował Drogby do końca, stąd zapewne reakcja Clichy’ego, by asekurować środek. Choć z drugiej strony Francuz nie wyglądał na człowieka, który byłby zdecydowany zabrać się za krycie któregokolwiek z nadbiegających rywali. Belg zszedł więc do środka z myślą, że przekazuje Drogbę Clichy’emu.

To jednak jeszcze nie koniec kłopotów, bo fakt, że napastnik Chelsea znalazł się z piłką po prawej stronie pola karnego, nie oznaczało jeszcze, że musi paść z tego bramka. Nasi defensorzy wciąż mieli szansę na zatrzymanie rywala. Clichy poszedł jednak „na raz”, a Vermaelen „zdublował” chyba jego pozycję, dzięki czemu Drogba miał prostą drogą do zbiegnięcia na środek i strzał lewą nogą.

W kwestii Didiera Drogby nie ma chyba wątpliwości. Jest on naszym katem idealnym. Pewnie będzie śnił mi się po nocach, jako główny bohater moich koszmarów. Na Twitterze jeden z blogerów rzucił sugestię godną rozważenia: „Powinniśmy wydać każde możliwe pieniądze, by kupić Drogbę do Arsenalu. Nie po to by nim grać. Zwyczajnie kupić go i gdzieś ukryć”. Wenger na konferencji powiedział tylko, że napastnik z WKS przypilnował swojego rekordu z Arsenalem:

Drogba has respected his record today, unfortunately for us.

W podsumowaniu kolejki, w analizie dla „Match of the Day” świetnie przedstawiono sposób, w jaki Arsenal starał się rozgrywać piłkę pod polem karnym gospodarzy. Chelsea zamurowała się przed własną bramką i broniąc sześcioma graczami, nie dopuszczała nas we własne pole karne. Naszym błędem było pchanie się i próba rozegrania piłki krótkimi podaniami na skraju 16. metra. Nie było tam za wiele miejsca. Nawet Fabregas w owym omówieniu w MotD został „złapany” w sytuacji gdzie, zamiast wybrać opcję podania do niekrytego Clichy’ego po lewej stronie, zdecydował się na zagranie między defensorów Chelsea (bodaj do Arszawina).

Inną kwestią pozostaje gra na prawej stronie z Sagną. Szczególnie w pierwszej połowie spotkania, nasz RB nie decydował się na rajdy, łamanie akcji do środka, podania po ziemi… Regularnie zaś posyłał centry w okolice 5-9 metra. Ponieważ Arszawin nie ma większych szans w walce z Terrym, a tym bardziej z wybiegającym Cechem – to efektu mogliśmy się za każdym razem spodziewać dokładnie takiego samego.

Chyba najznakomitszą sytuacją była dla nas akcja (jednak środkiem) gdy Song podawał prostopadle do Nasri’ego, a Francuz znalazł się w pozycji sam na sam z bramkarzem Chelsea. Zamiast strzelać, zastanawiał się chyba czy nie lepiej byłoby podać na prawo do Walcotta. Finał tych rozważań był taki, że stracił on piłkę i tym samym szansę na zdobycie bramki. Znów zaprzepaściliśmy możliwość dającą nadzieję na wywalczenie choćby remisu.

Wejście Bendtnera raz jeszcze dało nam oddech z przodu. Duńczyk po powrocie z kontuzji wygląda już nieco lepiej. Porusza się swobodniej, lepiej panuje nad piłką i jest zwinniejszy. W jednej z pierwszych akcji wywalczył górną piłkę, po czym został powalony przez Carvalho tuż przed polem karnym. Fabregasowi tym razem nie udało się pokonać bramkarza po uderzeniu z rzutu wolnego i wynik do końca spotkania nie uległ już zmianie.

Nie mogę nie zwrócić uwagi na naszą postawę, po tym jak na tablicy wyników zaświeciła się „dwójka”. Byliśmy innym zespołem niż przed tygodniem. Graliśmy naprawdę fajnie i nikt nie może odmówić naszym chłopcom walki. Walki, pomimo bardzo niekorzystnego wyniku i nikłych szans na zmianę rezultatu. Chelsea faktycznie cofnęła się pod swoje pole karne w oczekiwaniu na ew. kontry. Zastosowali więc taktykę bliźniaczą do tej zaprezentowanej w podobnych okolicznościach przez Fergusona. Tym razem pilnowaliśmy tyłów lepiej i szybkie akcje gospodarzy już nas tak nie nękały. Pracowaliśmy naprawdę ciężko i niewiele brakowało, byśmy mieli tego efekt, w postaci gola.

Wenger na pomeczowej konferencji prasowej przyznał nawet, że jest całkowicie zadowolony z ducha drużyny i tego, co zaprezentowaliśmy na boisku. Zareagowaliśmy według niego tak, jak powinniśmy byli zareagować tydzień wcześniej przeciw Man Utd. Wciąż jednak na początku meczu wyglądamy na niepewnych:

I am completely happy with our performance and the spirit we have shown. For me, as much as we didn’t turn up against Manchester United, today we had the expected performance. We were still a bituncertain at the start of the game.

Wedle Bossa przez całe spotknaie prowadziliśmy na tyle dobrą grę, by móc wrócić do walki strzelonym golem. Trzeba jednak oddać Chelsea, że bronili naprawdę świetnie. Ich drużyna posiada doświadczonych zawodników. Kiedy wychodziliśmy z kontratakiem, potrafili delikatnie sfaulować w taki sposób, by przerwać grę. Były to jednak faule, które nie kwalifikowały się na żółte kartki. Znają sztuczki i zagrania, które charakteryzują doświadczonych zawodników – używali ich wczoraj bardzo dobrze. Staraliśmy się zrobić wszystko, by strzelić choć jedną bramkę. Ostatecznie, gdy drużyna przegrywa w takich okolicznościach, musisz zwyczajnie przyznać, że rywal był lepszy:

I always thought we would come back, I always had that feeling today. But you have to give them credit, they defended very well, they are very experienced at the back. They make the foul at the right time when they are caught on the counter-attack. The little push with the shirt, it is not enough to get a yellow card. They have a lot of tricks of a very experienced team and they do that very well. Overall we tried very hard today and the team gave absolutely everything. Sometimes when you lose you have to acknowledge that with your team.

Boss zapytany czy to już koniec naszej walki o tytuł odrzekł, że co prawda nie jesteśmy w najlepszej pozycji, ale z całą pewnością się nie poddamy. Mamy pecha, że musimy zmierzyć się z trzema najsilniejszymi zespołami Premier League w 3. meczach z rzędu. Z psychologicznego punktu widzenia porażka w jednym ze spotkań ma mentalny wpływ na przygotowania do kolejnego meczu:

I feel that we are not in the best position but we will not give up. We were a bit unfortunate as well in the same period to play Manchester United, Chelsea and Liverpool on the trot. If you lose one game if is very difficult with the psychological implications for the next game.

Niestety, tak jak przed Chelsea, tak samo przed Liverpoolem zanotowaliśmy przegrany mecz. Musimy jednak mieć w głowie świadomość, że najtrudniejsze spotkania w lidze będą już za nami. Do końca sezonu pozostaną nam mecze z niżej notowanymi drużynami. To wciąż szansa na odrobienie punktów do liderującej dwójki. Skoro udało się odrobić kilkanaście punktów z grudnia to dlaczego nie spróbować zrobić tego samego z 9 punktami?

Wczorajszy pojedynek przegraliśmy w moim odczuciu indywidualnymi błędami. Zespół wyglądał już znacznie lepiej niż przed tygodniem. Lepiej, pomimo tego, że rywal wydawał się być silniejszym, a Stamford Bridge wyjątkowo trudnym terenem. Teraz czas na Liverpool. Nie pozostaje nam zbyt wiele dni na wypoczynek i zebranie sił na środę. Tak jak zaznaczyłem na początku: wciąż jest o co grać. Zwycięstwo nad Benitezem może być kluczowym momentem tego sezonu. Z chęcią zobaczyłbym Bendtnera od początku. Musimy zagrać jak o życie. Mając na uwadze fakt, że mamy przed sobą „wolny” tydzień przed kolejnym spotkaniem (w LM z Porto), nie musimy oszczędzać się i rotować składem.

Tagi: , , , , , , , , , ,
  • TWITTER



  • KALENDARZ WPISÓW

    Wrzesień 2010
    P W Ś C P S N
    « sie    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    27282930  

Arsenalizacja on Facebook