Bądź na bieżąco - RSS

EPL: Blackburn 1-2 Arsenal. Theo rujnuje ‘reputację’ Hansena

29. Sierpień 2010 | View Comments | Podsumowanie meczu | Mariusz

Po wczorajszym meczu z Blackburn byłem tak napakowany emocjami, że musiałem je jakoś okiełznać. Pomyślałem, że spacer będzie odpowiednim do tego sposobem. Ponieważ w ten weekend, w moim mieście odbywa się dwudniowy festyn, który nosi dumną nazwę „Dni Tomaszowa”, korzystając z okazji, udałem się na niedaleko położone błonie. Spacerując pomiędzy straganami z kiełbaskami i piwem, przyglądając się rozstawionemu nieopodal „wesołemu miasteczku” oraz widząc średniej wielkości grupę ludzi zgromadzoną pod główną sceną – poczułem się jakbym był fanem Blackburn odwiedzającym swój stadion. Na estradzie, przy licznie zgromadzonych dzieciach, jakiś Koniu czy inny Skiba rzucał żartami takiego kalibru, że nie powstydziłby się ich żaden rubaszny kawalarz. Atmosferę dopełniały grupki młodzieży stołujących się tego dnia piwem zamiast domowym obiadem. Klimat doprawdy specyficzny. Ani trochę nie przypominał tego sprzed kilku lat, gdy koncertowały tu prawdziwe gwiazdy polskiej muzyki rockowej, a ludzi zgromadzonych pod sceną szacowało się na 15 tysięcy.

Zastanawiam się jak mocno musiałbym być związany z klubem Blackburn, by doceniać styl gry tego zespołu. Jedyną rekompensatą mogłaby być chyba tylko świadomość, że ta fizyczność i schematyczność gry przynosi jakieś skutki, dzięki czemu o punkty walczyć można nawet z takimi zespołami jak Arsenal, Man Utd czy Chelsea.

Tym razem obrona twierdzy „Ewood Park” się nie powiodła. Znajoma „taktyka” została zastosowana raz jeszcze. Sam Allardyce – to trzeba mu oddać – potrafi w każdym klubie zbudować zespół specjalizujący się w grze dłuuuuuga piłką w pole karne rywala. I faktycznie, to tez trzeba oddać Allardycowi, potrafi on zarządzać tym bałaganem, który powstaje pod bramką przeciwnika. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby okazało się, że jego drużyna częściej na treningach główkuje, niż kopie piłkę nogą. Na szczęście „mistrz zarządzania kryzysem” poległ na własnym stadionie. Poległ z tym samym Arsenalem, który „nie potrafi radzić sobie z ficzycznie grającymi zespołami”.

Więc cóż to za drużyna, która przeciwstawiła się tak fizycznemu zespołowi? – chciałoby się spytać. Okazało się, że to ten sam Arsenal (z wymienionym w obronie Gallasem na Koscielnego). To ten sam Arsenal, z którego żartowali sobie niektórzy publicyści, sugerując że wystarczy kopnąć jednego z naszych zawodników, a droga do bramki staje się łatwiejsza.

Wenger sięgnął po skład, który nie był dla nas wielkim zaskoczeniem. No może oprócz posadzenia na ławce Chamakha i wstawieniem do wyjściowej jedenastki Robina. Od pierwszej minuty rozpoczął także Fabreagas, który posadził na ławce Rosicky’ego. Desygnowana drużyna wyglądała na interesującą i dającą nadzieję na korzystny wynik. A jak poszło poszczególnym zawodnikom? Oto moje krótkie spostrzeżenie…

Jeśli zacząć tradycyjnie od bramki, to muszę przyznać, że inaczej niż zazwyczaj oceniam postawę Almunii. To był chyba jego jedno z najlepszych, jeśli nie najlepsze spotkanie od czasów domowego meczu z Barceloną. Nie ukrywam, że drżałem o występ Mauela. Pamiętałem wyczyny Fabiańskiego i metody preferowane wtedy przez rywala. Na szczęście Almunia był wczoraj bezbłędny. Nie zanotowałem ani jednej jego pomyłki, ani jednego niepotrzebnego, nerwowego zachowania. Co więcej, zaimponował mi, gdy w pewnym momencie starł się oko w oko z Dioufem, by po chwili wymachiwać przed nim palcem. To raczej rzadkie i niespotykane wcześniej zachowanie u naszego GK. Takiego Manuela chciałbym oglądać zawsze – zdecydowanego i pewnego siebie.

Kluczowymi postaciami meczu (prócz bramkarza) mieli być dwaj środkowi obrońcy. To oni musieli przejmować siłę ognia wroga, czyli rywalizować w walce o górne piłki. Vermaelen prócz jednego błędu w drugiej połowie (przy przyjęciu piłki) zaprezentował się bardzo dobrze. Tego zresztą po nim oczekiwaliśmy. Spory znak zapytania stał za to przy Koscielnym, który nigdy wcześniej nie miał okazji grać w spotkaniu podobnym do tego. Czytam niektóre komentarze po tym meczu i widzę, że Francuz stracił u wielu zaufanie, swoim błędem przy wyrównującej bramce dla Blackburn. U mnie jednak wciąż znajduje się on na faworyzowanej pozycji.

Głównym argumentem, który ma przemawiać na niekorzyść Koscielnego, ma być ten mówiący o braku siły fizycznej. Za dowód podaje się przegraną akcję przy bramce Dioufa w 27 minucie. Nie ukrywam, że byłoby mi bardzo miło, gdyby Laurent przybrał te kilka kilogramów i stał się nieco potężniejszym obrońcą. Oglądam jednak powtórkę tej bramki i nie jestem pewny, czy te dodatkowe kilogramy, akurat w tym momencie byłyby mu pomocne. Wydaje się, że głównym czynnikiem przemawiającym za przegranym pojedynkiem z rywalem była tam szybkość. Diouf złapał futbolówkę jako pierwszy, więc nawet jeśli Laurent chciałby wtedy potraktować go swą fizycznością (po tym jak on trącił już piłkę), zobaczyłby zapewne żółty kartonik za faul na rywalu. Nie wiem jaki był zamiar Koscielnego w tej ackji (czy myślał, że Diouf ucieknie mu do linii końcowej, czy też chciał wybić piłkę na rzut rożny?). Widać jednak po kierunku biegu rywala, że jeśli będzie przy piłce szybciej, to spróbuje zbiegać z nią w kierunku bramki. Lurent mógłby utrzymać się przy rywalu, pod warunkiem, że zmieniłby kierunek biegu, w stronę pola karnego. To oczywiście nadal jego błąd – jednak w mojej ocenie nie spowodowany brakiem siły fizycznej, ile jego szybkości lub właściwego odczytu zamiaru przeciwnika.

Poza tą jedną sytuacją postawa naszego nowego obrońcy zasługuje na słowa uznania. Bombardowany wysokimi piłkami dawał sobie z nimi radę całkiem nieźle. Szczególnie udaną miał jednak drugą połowę, gdy zaliczył zdecydowanie więcej udanych interwencji w polu karnym niż Vermaelen. Ostatnie minuty meczu (gdy Blackburn nieco przycisnęło) były w jego wykonaniu wyśmienite. Pamiętajmy, że Koscielny rozegrał właśnie swój drugi mecz na wyspach, przeciw jednemu z najtrudniejszych i najbardziej siłowo grających zespołów. Zarówno w pierwszej kolejce (na Anfield) jak i w sobotę (Ewood Park) był w mojej ocenie jedną z wyróżniających się postaci. Trudno znaleźć w Anglii dwa trudniejsze miejsca, w których intensywniej smakować można styl angielskiego futbolu. Laurent przeszedł jednak te testy z pozytywnym wynikiem.

W przypadku Gaela Clichy’ego też muszę dokonać zastrzeżenia co do straconej bramki. W tamtej sytuacji wybitnie nie upilnował swojego zawodnika. Stał przed bramką kilka dobrych sekund nie mając zielonego pojęcia, że zza pleców wybiega mu zawodnik, którego powinien pilnować. Odpowiedzialność za straconego gola rozkłada się również na niego. Poza tym jednym momentem uważam jego występ za bardzo dobry. Raz za razem toczyć musiał pojedynki z ruchliwym Dioufem, który naciskał na niego przy każdej możliwej sposobności. Doświadczenie było jednak tego wieczoru po stronie naszego zawodnika. Uwielbiam jego zwinność, przebojowość i sposób wyprowadzania piłki z własnej strefy boiska: podanie i wyjście na pozycję. Ileż razy niezmordowany biegał do przodu?

Z drugiej strony równie dobre spotkanie zaliczył Sagna. Od początku tego sezonu stanowi on niezwykle wrażliwy punkt naszej drużyny. Mając z przodu przebojowego Walcotta, ma więcej miejsca do zagospodarowania przed sobą. Z Blackburn, po świetnym rajdzie przy linii i wycofaniu do Cesca (sytuacja bliźniacza do gola Diaby’ego w spotkaniu z Blackpool) stał się głównym reżyserem drugiego trafienia dla Arsenalu. W pierwszej połowie zaś wykazał się niebywałą odpowiedzialnością i chłodnym umysłem. Po jednym z rzutów rożnych pod bramką Robinsona, gospodarze ruszyli z kontrą. Sytuacja nie była różowa, bo na skrzydle Clichy walczył z jednym z zawodników Blackburn, zaś w środku pola Sagna, osamotniony pomiędzy dwoma nacierającymi graczami gospodarzy trzymał linię obrony. Dzięki przytomności Baca udało nam się złapać ich na spalonym. Wolę nie myśleć jak potoczyłby się mecz, gdyby w tamtym momencie padł gol na 1-0 dla miejscowych.

Tym razem do gry w pomocy Arsene Wenger desygnował : Songa, Fabregasa i Diaby’ego. Nie tyle byłem zaskoczony obecnością Cesca, ile nową fryzurą Alexa. Nie zamierzam się nawet zastanawiać czy jej obecny wygląd był zamierzony, czy też fryzjer nie do końca zrozumiał intencje naszego zawodnika. Mogę tylko powiedzieć, że z wyglądu przypomina mi teraz moją sąsiadkę (tylko trochę mniej opaloną). Szkoda, bo za nią nie przepadam.

Przed meczem zastanawialiśmy się czy Cesc jest już gotowy do gry w pierwszym składzie. Teraz wiemy, że na mecz z Blackburn gotowy nie był. Zanotował kilka niedokładnych podań i mało spotykanych u niego strat piłki. Wspomagający go Song nie był wcale lepszy. On również dał się poznać od tej gorszej strony. W przypadku Alexa z czasem ta statystyka się jednak poprawiła. Fabregas, najwyraźniej z braku sił musiał opuścić boisko przed 70 minutą. Wątpię by był zadowolony ze swojej gry. Tym bardziej, że na drodze do wpisania się na listę strzelców stanął mu Theo Walcott.

Dla Diaby’ego specjalnie zostawiłem sobie osobny akapit. Oglądając spotkanie „na żywo” wyłapałem oczywiście kilka jego fajnych interwencji. Nerwy nie pozwoliły mi jednak na przyjrzenie się jego grze w pełni. Dopiero dziś, oglądając na spokojnie ten mecz raz jeszcze, mogą powiedzieć, że był w nim wyśmienity. Wygrywał pojedynki w środku pola, uwalniał się spod opieki rywali i celnie podawał. Skuteczność jego podań była najwyższa spośród naszych pomocników i wyniosła 90%. Czekam teraz tylko, by obok Songa, także Abou stał się kolejnym niezwykle cennym i niemal niemożliwym do zastąpienia zawodnikiem środka pola.

Przejdźmy jednak teraz do najlepszego (w mojej ocenie) gracza tego spotkania. Nie wiem jak czuł się Alan Hansen w chwili, gdy po pięknej akcji Arszawina, Robina i Theo, ten ostatni kapitalnym strzałem po długim rogu rozerwał w bramce siatkę. Może utknęło mu w gardle coś co właśnie przełykał (mam taką nadzieję). We wczorajszym „Match of the Day” poużywał sobie Alan Shearer, który w szyderczy sposób wytykał Hansenowi idiotyzmy wygadywane przez niego tydzień wcześniej. I co…? Pan ‘ekspert’, były piłkarz Liverpoolu dalej brnie w swoje dyrdymały o braku piłkarskiego mózgu. Nic to. Mam nadzieję, że przyjdzie w końcu taki moment, gdy ten człowiek zje ze wstydu własną koszulę.

Theo jest w gazie. O jego pewności na boisku niech świadczą strzały w drugiej połowie meczu. Wreszcie poczuł się silny i widać to wyraźnie w jego grze, w sposobie poruszania się i po błyskawicznie podejmowanych decyzjach. Bramka w 20 minucie była prawdziwym popisem jego możliwości. Błyskawiczny start do piłki, zostawienie za sobą obrońcy i silny, precyzyjny strzał, po którym futbolówka wpada do bramki tuż przy słupku. W ten oto sposób, po trzech ligowych meczach Walcott ma na koncie 4 bramki i jest najlepszym strzelcem wicelidera Premier League. Chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę, ze to początek drogi Theo do wielkiej sportowej kariery. Ma on wszak dopiero 21 lat i wizję wspaniałego sezonu przed sobą. Fjo, proszę o więcej.

Nie powinno nas specjalnie dziwić, że drugą bramkę dla naszego zespołu zdobył ofensywny zawodnik na przeciwległym skrzydle. Zarówno Rosjanin jak i Anglik bardzo dobrze pracowali po obu stronach boiska. Grający na środku Robin van Persie zaliczył asystę przy bramce Walcotta, zaś zastępujący go w drugiej połowie Chamakh swoim podaniem do Sagny zapoczątkował akcję przy drugiej bramce. Formacja ofensywna spisała się więc na medal.

Zwycięstwo na Ewood Park jest przykładem na to, że jak się tylko chce, to można. Musimy pogodzić się z faktem, że osiłkami jak Samba, nasi zawodnicy nie będą. Preferujemy inny styl gry niż Blackburn. Nie możemy budować drużyny pod konkretnego rywala, pod rywalizację z dużymi, silnymi facetami. Sztuką jest zachować swój charakter gry i narzucać go innym. Przez spore części wczorajszego meczu, udawało nam się to całkiem skutecznie.

Po zwycięstwie na Ewood Park, łatwiej nam wszystkim patrzyć w przyszłość z optymizmem. Z całą pewnością samoocena drużyny też bardzo wzrosła. Aż żal wysyłać teraz chłopaków na zgrupowania reprezentacji. Kolejne spotkanie z Boltonem (u siebie) moglibyśmy rozegrać siłą rozpędu, z uzasadnioną nadzieją na kolejny korzystny rezultat.

Biorąc pod uwagę fakt, że mamy za sobą trzy ligowe kolejki, a dwie z nich odbyły się na trudnym terenie, to zdobycz 7 punktów jest bardzo przyzwoitym wynikiem. Teraz czas na reprezentacje. Arsenal swój kolejny mecz rozegra dopiero 11 września. Trzymajmy kciuki, by chłopcy wrócili w jednym kawałku.

Tagi: , , , , , , , ,

EPL: Arsenal 6-0 Blackpool. Ideał w czystej postaci

22. Sierpień 2010 | View Comments | Podsumowanie meczu | Mariusz

Każdy z nas ma w swoich wspomnieniach te szczególne, które są dla niego najważniejsze i zarazem najtrwalsze. U kogoś może to być pierwsza randka, pierwszy samotny wypad na wakacje, ukończenie szkoły czy prozaiczne (zdawałoby się) zdobycie pucharu w miejskich rozgrywkach. Tak się jakoś składa, że dopiero po latach wracamy wspomnieniami do tych wydarzeń, oceniając je jako coś zupełnie wyjątkowego i fantastycznego, a tym samym doceniając nasze osiągnięcie z perspektyy czasu.

Oglądając wczorajsze spotkanie Arsenalu z Blackpool czułem się jakbym w ułamku sekundy przeskoczył o te kilka lat do przodu. Siedząc przed monitorem komputera, spoglądałem na spektakl, który doceniałem już w chwili jego trwania. Moje emocje były świadkiem najprawdziwszego, najczystszego doznania ideału szczęścia i sytuacji, w której się znalazłem. Przez bite dwie godziny sobotniego popołudnia cholernie zazdrościłem wszystkim kibicom zebranym na stadionie, że dane im jest uczestniczyć w tym spektaklu emocji.

A wszystko wydawało się snem, w którym moja wyobraźnia sama podsyła wyimaginowane obrazy szczęścia. Z perspektywy kolejnego dnia zastanawiam się, czy popołudnie 21. sierpnia 2010 roku mogło być piękniejsze. Chyba nie.

Bo tego dnia wszystko było niemal idealne. Uczestniczyć w takim wydarzeniu, to jak wygrać los na loterii:
- Historyczne uruchomienie Zegara na Emirates Stadium (i późniejsze doznanie cudu, jakby łaska „The Clock” spłynęła wprost na murawę, gwarantując świetny wynik i piękną grę)
- Trybuny nie są już sektorami ale starymi, dobrze znanymi z Highbury: Clock End, North Bank, West i East Stand
- Nasi zawodnicy zainaugurowali ligowy sezon we własnym domu, w strojach tradycyjnych, tak pięknych, że nie wyobrażam sobie, by nie został pobity w tym sezonie rekord ich sprzedaży
- Piękna gra naszej drużyny okraszona sześcioma golami. Kanonierzy byli sprawiedliwi bo strzelili po 3 bramki pod Clock End i North Bank
- Swój sezon zainaugurował wreszcie nasz kapitan, przywitany tak wielką owacją, jakiej nie powstydziłby się Thierry Henry i Tony Adams razem wzięci
- Po murawie znów zaczął biegać Holender z numerem 10 na plecach
- Z kolei Theo Walcott z ‘czternastką’ jak za dawnych lat nasz najlepszy w historii snajper, popisał się grą jak z bajki, by po 66 minutach z „trójeczką” na koncie opuszczać murawę przy wiwatującym tłumie fanów
- No i chyba najważniejsze… Druga połowa meczu przypomniała mi czasy świetności na Highbury, gdy pakowaliśmy rywalowi 2-3 gole, a później z bezczelną przyjemnością przyglądaliśmy się popisom gry Kanonierów i kolejnym ich trafieniom.

Czyż nie jest szczytem rozkoszy, oglądanie Arsenalu (ba… całego stadionu) lewitującego nad ziemią, tak jak we wczorajszym meczu?

Oczywiście, schodząc na ziemię, przyznać trzeba, że rywal nie był najsilniejszy w defensywie, że od 30 minuty meczu grał tylko w 10, a mimo to nie stawiał w bramce autobusu. Końcowy wynik zapewne nie byłby tak efektowny, gdyby nie czerwona kartka + rzut karny (no ale przepisy są przepisami). Blackpool zrobiło na mnie szczególnie korzystne wrażenie przez pierwsze pól godziny, gdy grając w komplecie, starało się grać z nami jak równy z równym. Przyznaję, że momentami ich operowanie piłką i uciekanie spod naszego pressingu, było wysokich lotów. Raz nawet udało im się podnieść moje ciśnienie, gdy po świetnym dośrodkowaniu z lewej strony i biernej postawi Gaela, powinni byli wyrównać na 1-1.

Mimo tej jedynej groźniej sytuacji, nie daliśmy gościom szans do poważniejszego zagrożenia naszej bramce. Tak naprawdę, to ciężko wyróżnić kogokolwiek ‘in minus’. Cały zespół harmonijnie pracował w grze do przodu. To nic, że rywal nie był najsilniejszy – cieszy mnie bardzo dobra współpraca Songa z Vermaelenem (ale zastanawia też pozycja w drużynie Djourou).

Nasi dwaj boczni obrońcy korzystali z gry do przodu na naszych własnych warunkach. Sagna zapisał na swoje konto asystę, po inteligentnym wycofaniu piłki do Diaby’ego. Clichy zaś wyglądał na niezmordowanego. Jego centry jakby zaczęły być wreszcie bardziej agresywne, choć zawsze może być lepiej. Jeśliby nie ta bierność pod naszą bramką przy strzale głową Taylora-Fletchera, miałby na koncie chyba bezbłędny występ.

Gdyby na boisku nie przebywał wczoraj Theo Walcott, to graczem meczu zapewne obwołany zostałby Tomas Rosicky. Pod nieobecność Nasriego i powracającego dopiero Cesca, wypełnił pierwszorzędnie swoją rolę jako kreator gry. Jego wizja, szybkość podejmowania decyzji i jakość podań to zdecydowanie najwyższa półka światowa. Sam Czech może jedynie żałować, że ma za rywali w środku pola tak wybitnych piłkarzy. Za cud uznać należy, że pomimo tylu kapitalnych podań otwierających kolegom drogę do bramki Blackpool, Mały Mozzart zakończył mecz choćby bez jednej asysty. Miał jednak kluczowy udział przy pierwszych dwóch golach (gdy podawał do Arszawina i 20 minut później, wypuszczając prostopadłym podaniem Chamakha). Poza tym zapisał na koncie sporą liczbę wybitnych zagrań, jak chociażby kilka z pierwszej częsci meczu, gdy uruchamiał Walcotta.

Głównym aktorem wczorajszego popołudnia był jednak Anglik. Ku uciesze 60 tysięcy widzów, raz za razem przebijał się poza linię defensywy gości, wywołując u nich strach przy każdym jego kontakcie z piłką. Gdy kompletował hattricka, zdobywał bramki każdą w innej okoliczności. Pierwsza to uderzenie z prawą nogą po długim słupku. Drugie trafienie to przyjęcie piłki z obrońcą na plecach, szybkie obrócenie się i oddanie strzału między nogami defensora. Trzecia bramka została zdobyta po wbiciu się między obrońców Blackpool i uderzeniu lewą nogą tuż przy dłuższym słupku bramki gości. Ja mam tylko jeden komentarz odnoszący się do wczorajszych wydarzeń: módlmy się o zdrówko dla naszego Walcotta. On chyba naprawdę nic więcej już nie potrzebuje.

Tak jak pisałem w zapowiedzi, Theo otrzymał wczoraj świetną sposobność do hasania sobie niczym tygrysek. Sobotni mecz mógłby być przykładem na to, jak ważnym czynnikiem w dzisiejszym sporcie jest zwykła „pewność siebie”. Kiedy czujesz się OK i wiesz, że nie będziesz rozliczany po meczu za każde pojedyncze zepsute zagranie, jesteś w stanie odpowiednio się skupić i powtórzyć wszystko to, co na co dzień wykonujesz na treningach. Theo jest tego dowodem. Oczywiście nawet po takim spotkaniu jak wczorajsze, nawet po zdobyciu hattricka, znajdzie się ktoś taki jak pan Hansen w „Match of the Day”, który w tak wyjątkowym dla Walcotta dniu, znajdzie sposobność, by chłopakowi dokopać. Rodzina Theo nie była chyba zbyt szczęśliwa, gdy uruchomili wczoraj wieczorem nagrywarkę, by za sprawą MOTD upamiętnić to osiągnięcie syna. Wstydziłby się pan, panie Hansen!

Kiedy po spotkaniu przeglądałem oceny kibiców (bodaj na SkySports) i obok nazwiska Chamakha dostrzegłem notę coś około 8,5, ucieszyłem się niezmiernie. Zamiast skupiać się nad ułomną skutecznością, nasi kibice zdecydowanie docenili jego pracę i wkład jaki miał w osiągnięty przez nas wynik. Jak widać nie tylko na mnie nasz nowy nabytek zrobił niesamowite wrażenie. Biegał od obrońcy do obrońcy. Gdy wymagała tego sytuacja cofał się o dobre kilkadziesiąt metrów by rozegrać piłkę. Szukał wolnych przestrzeni, chodził do boków i walczył bez żadnego odpuszczania. A co w tym wszystkim najważniejsze, pomimo takiego wysiłku, wytrzymał ten mecz kondycyjnie.

Jak inteligentny jest to chłopak, niech świadczy sytuacja przy drugiej bramce, a właściwie sposób w jaki wywalczył on dla nas rzut karny (choć faul miał miejsce przed polem karnym). Po prostopadłym podaniu Tomasa, zdołał minimalnie wyprzedzić obrońcę i gdy zauważył, że ten szykuje się do wślizgu i wygarnięcia uciekającej mu piłki, Chamakh, niczym wytrawny lis, z pełną premedytacją wepchnął przed niego swoją lewą nogę. Reszta wydarzyła się niemal samoistnie. W ten oto sposób Marouane odmienił losy całego spotkania: ofiarując nam rzut karny i wyrzucając z boiska jednego z rywali.

To prawda, że pudło do pustej bramki z odległości 5 metrów będzie w ten weekend pokazywane często i gęsto, opatrzone różnymi docinkami komentatorów. Nasz napastnik faktycznie nie jest zabójcą o zimnej krwi, wykorzystującym 3 szanse na 2 próby. To jednak co mi się w nim naprawdę podoba, to maksymalne zaangażowanie i odpowiedzialność za niewykorzystane sytuacje – jemu naprawdę zależało na strzeleniu gola, a kolejne nieudane próby tylko wzmagały frustrację. Po przejściu z Bordeaux może być zaskoczony liczbą szans jakie trafiają mu się w meczu. Dla nas najważniejsze jest jednak to, że w powietrzu nie ma sobie równych, co udowodnił w 83 minucie zdobywając bramkę po rzucie rożnym. Jakby powiedział niezapomniany pan komentator: „to przykład, że zdolności manualne jego głowy, przewyższają zdolności manualne nóg”. Nie powinniśmy się tym specjalnie martwić. Adebayor jest przykładem, że da radę to zmienić (w sensie wyrównać te manualne zdolności w górę).

Ciepłe słowo kieruję też do Rosjanina. Andrzej chyba właściwie odczytał znak wysłany przez Wengera, bo wreszcie zapieprzał po boisku jak należało. Bramka + asysta – mógłby sobie wyznaczyć taki cel na każde kolejne spotkanie Premier League. kogo jak kogo ale akurat jego stać na taki wyzwania.

Drugie ciepłe słowo chciałbym skierować do Wilshere’a. Wenger pozostawił go na murawie do samego końca meczu, przez co można pokusić się o pełniejszą ocenę jego występu. Jestem zdania, że Jacek zagrał bardzo fajnie, odważnie i agresywnie w defensywie. Cieszy także asysta przy bramce Theo. Co do prognoz jego kolejnych występów, trudno być jednoznacznym prorokiem. Młody Anglik ma to nieszczęście, że wchodzi do naszej drużyny o 5 lat później niż Fabregas. Kiedy Cesc rozpoczynał swoje regularne występy w Arsenalu, miał za partnerów bardzo doświadczonych, otrzaskanych i twardych facetów. Nikt wtedy nie nakładał na młodego Hiszpana zbytniej presji, bo wszyscy zachwycali się raczej techniką niepozornego nastolatka. Dziś Jacek musi mierzyć się nie tylko z rywalami, ale też z historią, legendą(?) Cesca. Krążące wokół porównania go do Fabregasa nie są więc odpowiednie. Wcześniej czy później, Wilshere zadomowi się w pierwszym składzie.

Pokonanie beniaminka 6-0 nie wydaje się jakimś nadzwyczaj spektakularnym osiągnięciem, szczególnie gdy przez 60 minut gra się z przewagą jednego zawodnika, a rywal radzi sobie w defensywie co najwyżej przeciętnie. Przy kolejnym wysokim zwycięstwie Chelsea (też 6-0) nasz rezultat nie robi już takiego wrażenia. Rozumiem osoby, które wolą widzieć w tym sukcesie słabość Blackpool, niż naszą dobrą grę. Spora część racji leży także po ich stronie. Ja jednak nie odbiorę sobie tej przyjemności, by w tak wyjątkowym dniu jak wczorajszy, pozbawiać nas chwały pięknej gry i świetnego wyniku – niezależnie od okoliczności.

Nasi piłkarze wykonali wczoraj na murawie wszystko to co było w ich obowiązku. Kibice podtrzymali świetną atmosferę i uroczysty nastrój. Teraz czas na Wengera, by idealizm tego weekendu domknął klamrą dwóch solidnych transferów. Wtedy zaprawdę powiadam wam, z ogromną wiarą spojrzę w przyszłość, wypatrując sukcesów obecnego sezonu.

Tagi: , , , , , , , , ,

EPL: Arsenal 4-0 Fulham

10. Maj 2010 | View Comments | Podsumowanie meczu | Mariusz

Wręczenie złotych medali odbyło się na Stamford Bridge. Puchar trafił w ręce Ancelottiego, który w ostatniej ligowej kolejce rozjechał Wigan 8:0. Na Old Trafford kibice przysłuchujący się radiowej relacji z Londynu, dość szybko stracili wszelkie nadzieje na tytuł i przyszło im przełknąć całkiem gorzką pigułkę – sezon bez jakiegokolwiek trofeum. Tzw. pusty przelot… Wiemy, ze za piątym razem nie boli to tak mocno jak za pierwszym.

Tottenham miał jeszcze nadzieje na zajęcie 3. miejsca kosztem Arsenalu, tyle że prowadząc dwoma bramkami dał sobie strzelić kolejne cztery. Nie martwi mnie to jednak specjalnie i ciesze się, że kibice Burnley mogli na koniec sezonu przeżyć tak fantastyczną chwilę, jak powrót swoich ulubieńców z 0:2 na 4:2. Trochę im współczuję, iż znaleźli się w niezwykle trudnej sytuacji po odejściu Coyle’a – co było chyba głównym powodem spadku tej drużyny z Premier League.

Wiele interesujących rzeczy działo się wczoraj na innych stadionach Anglii, a także pod nimi (protest kibiców Man Utd. przeciw obecnym właścicielom klubu). Ja cierpliwie, niczym oddany pies warowałem przed komputerem, wpatrując się w te kilkanaście pikseli sopcastowego okienka. Pomimo kiepskiej postawy naszej drużyny w ostatnich ligowych bojach, wciąż przedkładam mecz z rezerwami Fulham nad porywający pogrom nowego mistrza Anglii, choćby wyświetlany był po polsku w full HD.

No i dobrze się stało. Włosów rwać nie musiałem, bo i mecz od początku do końca toczył się pod nasze dyktando. Nasi zawodnicy mogliby po tym spotkaniu zameldować, iż zadanie zostało wykonane i rywal poległ w stosunku 4:0. Mniej więcej o to mi właśnie chodziło.

Przede wszystkim Robin van Persie. Holender całkowicie dojrzał piłkarsko i w obecnym sezonie zaprezentował szczyt swoich umiejętności. To nieprawdopodobne jak wiele potrafi wnieść do zespołu jeden piłkarz. Wystawiając go do pierwszej jedenastki otrzymujemy zupełnie inną, lepszą, groźniejsza formację ofensywną. To on staje się wtedy naszym rozgrywającym ataku. Jest naszym ofensywnym węzłem. Jego sposób poruszania się, szukania pozycji, rozegrania piłki… To wszystko ma zbawienny wpływ na naszą grę z przodu. Dorzucić jeszcze tylko Cesca i wspomnienia z jesieni 2009 odżyją na nowo. Znowu ujrzelibyśmy widowiskową i efektywną grę.

Czwarty z rzędu występ zapisał na swoim koncie Łukasz Fabiański. Tym razem utrzymał czyste konto, co należy uznać za pozytywne osiągnięcie. Przed kilkoma dniami głośno zastanawiałem się czy końcówka sezonu może dać nam odpowiedź w kwestii przydatności Polaka w najbliższym sezonie Arsenalu. Po tym co widzieliśmy w wykonaniu Fabiana, nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Wciśnięty pomiędzy dwie grupy argumentów, skłaniałbym się za taką decyzją, która byłaby salomonowym rozwiązaniem. I tak, z wielką radością ujrzałbym latem nowego bramkarza, który swoim doświadczeniem i stabilnością formy zdecydowanie przewyższałby Almunię. Dla przykładu mogę rzucić tu nazwisko Schwarzera. Obecny GK Fulham rywalizowałby z Manuelem o bluzę z nr 1, zaś Łukasz zostałby wypożyczony na sezon do innego klubu. Po roku czasu, mielibyśmy jasną sytuację opisującą przyszłość i hierarchię naszych bramkarzy. Pole manewru byłoby dość szerokie, bowiem kolejne doświadczenie na wypożyczeniu zebrałby w tym czasie Szczęsny.

Po wczorajszym meczu, Arsene Wenger wypowiadał się w ciepłych słowach o Fabiańskim. Stwierdził, że przeciw Fulham zagrał on solidnie, zaś ostatnie ligowe spotkania zmieniły go jako bramkarza. Wedle Bossa Łukasz jest lepszym zawodnikiem, niż był nim miesiąc temu. Podstawowe pytanie wciąż pozostaje to samo: Czy Wenger jest skłonny sprowadzić latem bramkarza, czy może podjął już decyzję, że w okresie przygotowawczym postawi właśnie na Polaka? Osobiście zdaję się na decyzję Bossa i liczę, że nie pozostawi on Fabiańskiego na pastwę fanów, którzy już dziś są przeświadczeni, iż powinien być on jednym z pierwszych zawodników, których powinniśmy pozbyć się z Klubu.

Miłym widokiem było pojawienie się na boisku Johana Djourou, który (w ostatnim meczu sezonu) zanotował swój tegoroczny debiut. Innym, niemniej przyjemnym widokiem było pojawienie się na boisku Henriego Lansbury. Ten 19-letni zawodnik wrócił niedawno z wypożyczenia z Watford, gdzie rozegrał pełny sezon. Wczorajsza postawa młodego Anglika może napawać optymizmem. W chwili gdy w grę wchodzi przepis wymagający od klubu posiadania w składzie odpowiedniej ilości wychowanków, piłkarze tacy jak Lansbury i Wilshere stanowić będą ważną część zespołu.

Ciekawi mnie także sytuacja Carlosa Veli. Czy Wenger widzi postępy w rozwoju Meksykanina i liczy na niego w kolejnym sezonie? Sęk w tym, że nie pamiętam dobrego występu Veli w meczu o stawkę (tutaj wszedł przy stanie 3:0 w 77 min). Na dodatek zaczynam patrzyć na niego dość stereotypowo, jakby loby nad bramkarzem były jedynym sposobem strzelania bramek, które opanował do perfekcji. Jaka będzie jego rola w drużynie, gdy na przyszły sezon pozostaną w Klubie tacy gracze jak: Arszawin, Bendtner, van Persie, Walcott i dołączy do nas Chamakh (zakładając nawet, że odejdzie Eduardo)?

Po zakończonym meczu zespół tradycyjnie przemaszerował wokół murawy, dziękując kibicom za wsparcie na przestrzeni całego sezonu. Szczególnie ucieszył mnie widok Aarona Ramsey’a idącego sobie skromnie gdzieś z tyłu tego całego korowodu.

Sezon można uznać więc za oficjalnie zakończony. Przyznaję, że zwycięstwo nad Fulham poprawiło nieco moje samopoczucie, dzięki czemu minęła mi zgaga po naszych ostatnich spotkaniach. Z niecierpliwością wyczekuję już rozpoczynających się za miesiąc Mistrzostw Świata. Tak jak to było do tej pory, kibicował będę reprezentacjom naszych zawodników.

Oficjalny serwis Arsenalu zapowiada, że dla osób opłacających abonament za ATVO we wtorkowe popołudnie dostępna będzie transmisja live z finałowego meczu ligowych rozgrywek naszej drużyny U18. Naszym rywalem w finale play-off jest zespół Nottingham Forest. Początek spotkania o godzinie 15.00.

PS. Mam nadzieję, że ten sam serwis zaoszczędzi nam w kolejnych tygodniach podobnych newsów.

Tagi: , , , , , , , , ,
  • TWITTER



  • KALENDARZ WPISÓW

    Wrzesień 2010
    P W Ś C P S N
    « sie    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    27282930  

Arsenalizacja on Facebook
Page 1 of 151234510...Last »