Bądź na bieżąco - RSS

Sezon rusza na dobre. Od soboty gramy co 3 dni

8. Wrzesień 2010 | View Comments | Przemyślenia | Mariusz

Halo… Słyszysz mnie? Halo! To ja. Możesz już otworzyć oczy. Już po wszystkim. Tak jak ci mówiłem, wszystko poszło zgodnie z planem. Żadnych komplikacji. Możemy być zadowoleni. Dlatego wracajmy w spokoju do piłki klubowej. Serio… Nie żartuję… Już po wszystkim.

Ach…

Zapomniałbym…

Jest coś jeszcze…

Jest jeden drobny, niewielki i na szczęście niegroźny problem. Theo wypadł na niecałe dwa tygodnie. Ale to nie problem, prawda? To raptem tylko  jakieś 10 dni… tylko dziesięć dni…

***

Mimo wszystko możemy dziękować opatrzności, że innych Kanonierów doprowadziła nam do Londynu całych i zdrowych. Wolę nie myśleć przed jakimi kombinacjami byśmy stanęli gdyby (tfu, tfu, tfu) do kompletu, ostał nam się połamany Marouane Chamakh.

A teraz szybki przegląd stanu posiadania z ostatnich dni.

Z istotniejszych występów naszych zawodników warto odnotować wczorajsze zwycięstwo reprezentacji Anglii do lat 21. Jacek po raz drugi rozpoczął mecz w kadrze U21 na ławce rezerwowych. Jeszcze przed wczorajszym meczem, selekcjoner młodych Anglików tłumaczył prasie, że nie wystawia Wilshere’a, gdyż ten wciąż jest zaaferowany zeszłotygodniowym zajściem w nocnym klubie i nie może skupić się na futbolu. Słowa Stuarta Pearce’a to jedno, a fakty to drugie. Po bezbramkowej pierwszej połowie i „byle-jakiej” grze młodych Anglików, trener nie miał wyjścia i musiał rozpocząć drugą połówkę z 18-letnim zawodnikiem Arsenalu. Jacek momentalnie rozruszał środek pola i sytuacje bramkowe dla gospodarzy posypały się jak z rękawa. Wilshere asystował przy pierwszym golu i był zdecydowanie wyróżniającym się zawodnikiem tego spotkania (ostatecznie Anglia wygrała 3-0).

W nie najlepszych nastrojach do Londynu powrócą: Thomas Vermaelen, Andriej Arszawin i Tomas Rosicky. Verma był kapitanem Belgów w obu przegranych meczach (0-1 z Niemcami i 2-3 z Turcją). Co ciekawe – grał na pozycji lewego obrońcy. Rosji natomiast kapitanował Arszawin. O ile w pierwszym meczu nasz kieszonkowy Andrzej zaliczył asystę przy pierwszej bramce Pogrebniaka (Andora 0-2 Rosja), o tyle w drugim spotkaniu nie potrafił razem z kolegami znaleźć sposobu na pokonanie Jana Muchy (Rosja 0-1 Słowacja). Nie miałem szans na zerknięcie choćby na chwilę na mecz Czechów. Nie potrafię więc określić jak radził sobie Rosicky. Porażka na własnym stadionie z Litwą (0-1) chwały raczej nie przynosi.

Cieszą dwa reprezentacyjne występy naszych rezerwowych bramkarzy. Wojtek Szczęsny w kadrze U-20 zagrał dwa pełne spotkania (1-1 z Uzbekistanem i 1-0 z Włochami). Podobnie, dwa razy po 90 minut zaliczył Vito Mannone (zwycięstwa po 1-0 z BiH oraz z Walią).

Czyste konto Włocha w dwóch meczach oraz jedna wpuszczona bramka przez Wojtka to wyczyn, którego mógłby im pozazdrościć Łukasz Fabiański. Nasz nominalny drugi golkiper zmierzył się wczoraj w meczu rezerw z drużyną Blackburn. Jestem świeżo po obejrzeniu obszernego skrótu z tego spotkania i choć wynik (wygraliśmy 4-3) robi „spore wrażenie”, to Fabiana specjalnie winić za utratę którejś z bramek nie zamierzam. Obok Polaka, z pierwszego składu, wystąpili też: Squillaci, Djourou i Denilson. Ci, którzy byli wczoraj na Underhill i oglądali ten mecz, twierdzą, że Sebastien wygląda bardzo pewnie i solidnie. Z pewną nadzieją oczekuję więc jego debiutu w pierwszej drużynie. Niestety gorszy dzień miał Djourou. Pierwszy gol padł po jego indywidualnym błędzie (zgubił piłkę przed swoim polem karnym), natomiast bramka na 3-2 dla gości to efekt wykorzystanego rzutu karnego, po faulu Szwajcara w naszej „szesnastce”. Ostatecznie udało nam się jednak wyciągnąć zwycięstwo. Wszystko za sprawą wyjątkowo dobrej gry młodego i efektywnego ofensywnego trio: Jay Emmanuel-Thomas, Chuks Aneke i Benik Afobe.

Wracając do spotkań międzynarodowych… Cieszy gol strzelony przez Eboue, tak jak cieszy asysta Cesca w piątkowym spotkaniu z Lichtensztajnem. Największą radością jest dla mnie jednak wczorajsze zwycięstwo Francji w wyjazdowym pojedynku z Bośnią i Hercegowiną. Trójkolorowi rozpoczęli te eliminację w osłabionym składzie. Kary nałożone na czołowych francuskich zawodników spowodowały, że (jak celnie napisał Galer w komentarzu pod poprzednim wpisem) cały syf pozostawiony na tej drużynie po tragicznym występie w MŚ, zmazać muszą jej drugoplanowi zawodnicy. Porażka z Białorusią była sporą niespodzianką i dodatkowym kijem w szprychach zespołu Laurenta Blanca. Wczorajsze zwycięstwo jest niezwykle cenne z punktu widzenia dalszej drogi Trójkolorowych do ME2012. Świetną wiadomością winna być dla nas ta, że wszyscy trzej powołani do drużyny Kanonierzy (Clichy, Sagna i Diaby) znaleźli swoje miejsce w wyjściowej jedenastce obu spotkań. Skoro Blanc darzy naszych zawodników takim zaufaniem, można liczyć także na to, iż niedługo swój akces do reprezentacji złoży także Samir Nasri.

Tyle o tym, co za nami.

Wracając do piłki klubowej… Powinniśmy mieć świadomość, że prawdziwa „zabawa” zaczyna się wraz z nadchodzącym weekendem. Wkraczamy bowiem w serię gier co 3-4 dni. Jeśli mamy naprawdę silny, szeroki i stabilny skład, to powinien on się wykazać właśnie w takich chwilach jak ta. W sobotę zagramy u siebie z Boltonem. Następnie w środę (też w Londynie) czeka nas mecz Ligi Mistrzów z Bragą. Trzy dni później udajemy się na wyjazdowe spotkanie z Sunderlandem. Tę serię trzech meczów, oddzieli od następnej, mecz Carling Cup z Tottenhamem na White Hart Lane. Mam nadzieję, że uda się Wengerowi pogodzić ogień z wodą. Winniśmy dać odpocząć naszym najlepszym zawodnikom, zaś z drugiej strony wystawić nieco silniejszą drużynę, niż zazwyczaj dzieje się to w tych rozgrywkach pod kierownictwem Francuza. Po wtorkowym CC na WHL znów czekają nas trzy spotkania: West Brom (dom – sobota), Partizan Belgrad w LM (wyjazd – wtorek), Chelsea (wyjazd – niedziela).

Ten krótki maraton zapowiada się niezwykle atrakcyjnie. Co więcej, jestem naprawdę dobrej myśli. Jedyną niewiadomą pozostaje dla mnie sposób zarządzania zdrowiem Chamakha. Lubię Marokańczyka ale nie sądzę, by chłop obskoczył wszystkie spotkania w wyjściowej jedenastce Arsenalu. Czy prócz CC z Tottenhamem, JET może liczyć na dodatkowe występy w lidze?

Całe szczęście, na dniach, do pełnego treningu wrócić ma Samir. Kontuzjowanego Theo w tak wysokiej formie trudno będzie zastąpić, jednak przez te 2-3 najbliższe mecze nie powinniśmy drżeć o naszą siłę ofensywną. Nasz skład liczy sobie wystarczająco wielu świetnych zawodników, którzy tylko czekają na moment, by wskoczyć do wyjściowej jedenastki. Oby tylko dopisywała nam skuteczność.

Na koniec prośba do wszystkich Kanonierów. Kto o siłach, niech pędzi na stronę Premier League i oddaje głos na Walcotta (na dole po prawej stronie). Trwa tam ostra rywalizacja pomiędzy naszym Theo, a rudym Scholesem o miano piłkarza sierpnia EPL.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , ,

Blog wraca do życia. Samir wróci za miesiąc

18. Sierpień 2010 | View Comments | Przemyślenia | Mariusz

Dzisiejszy wpis miał być wybitnie optymistyczny. Przede wszystkim chciałem z największą radością poinformować, że blog wrócił wreszcie na właściwe miejsce, we właściwym kształcie. Mam nadzieję, że dotychczasowi czytelnicy i komentatorzy dadzą się namówić na dalsze wspólne dyskusje o Arsenalu i naszej drodze wgłąb nowego sezonu.

Dzisiejszy wpis miał też zawierać informację o sobotniej uroczystości. Przed meczem z Blackpool ma nastąpić oficjalne nadanie nazw trybun Emirates Stadium (wzorem Highbury) oraz powitanie Zegara, który wisieć będzie nad nowym ‘Clock End’. To wydarzenie będzie nadzwyczaj symboliczne, bo zasłużony zegar, chyba jako jedyny, był naocznym świadkiem wszystkich sukcesów naszego klubu. Od teraz, znów będzie spoglądał dumnie sponad głów kibiców na murawę naszego stadionu.

Szczególnie sporo miejsca chciałem poświęcić wyjątkowemu ruchowi Klubu, czyli wprowadzeniu „akcji” Arsenal Fanshere (wszelkie informacje dostępne są pod specjalnym adresem: www.arsenalfanshare.com. Publicyści angielscy z uznaniem spoglądają na decyzje podejmowane przez Arsenal. Od dziś fani Kanonierów mogą kompletować tzw. ‘akcje kibiców’. Jedna taka akcja warta jest ok 100 funtów (sugeruje się, by odkładać co miesiąc po 10 funtów – wtedy po roku czasu zgromadzi się kwotę niezbędną do zakupu „Arsenal Fanshere”). Po zgromadzeniu stu kibicowskich jednostek udziałowych, nabędzie się prawo do wymiany ich na jedną „dużą” akcję Arsenalu, upoważniającą do udziału w zgromadzeniu udziałowców Klubu.*

To wszystko zostało jednak przyćmione przez informację opublikowaną niedawno przez Arsenal.com. Serwis podaje, że podczas spotkania z Liverpoolem Samir Nasri nabawił się kontuzji łąkotki. Oznacza to tylko jedno – zabieg chirurgiczny, który ma zostać dziś przeprowadzony. Jak informuje nas oficjalna strona klubu, absencja Francuza trwać ma około miesiąca.

Jeśli szukać w tej druzgocącej informacji jakichś pozytywów, to można przypuszczać, że artroskopia kolana, choć niezbędna, obejmować będzie jedynie drobny zabieg kosmetyczny. Samirowy uraz łąkotki opisałbym jako (na szczęście?) niezwiązany z seryjnymi kontuzjami, których byliśmy świadkami w poprzednich sezonach. Naciągnięcia mięśni, ścięgien, naderwanie włókien mięśniowych było naszą największą zmorą i plagą na przestrzeni całego sezonu.

Przed obecnymi rozgrywkami poczęliśmy jednak szukać sposobu na rozwiązanie problemu. Został zatrudniony nowy fizjoterapeuta. Zainstalowano naszym zawodnikom GPS, by satelitarnie, komputerowo i w każdy możliwy technologicznie sposób, analizować liczbę przebiegniętych przez zawodników kilometrów, szybkość sprintów itp. itd. Wszystko to ma wyeliminować znaną nam sytuację, gdy do obsadzenia konkretnej formacji, pomimo szerokiej kadry, zwyczajnie brakowało nam zdrowych zawodników

Uraz Nasriego jest oczywiście cholernie dołujący. Trafiło na chłopaka, który w okresie przygotowawczym był najjaśniejszą postacią naszej drużyny. Wiele osób wierzyło, że najbliższy sezon, bez kontuzji i urazów, będzie jego wielkim popisem. Niestety, początek rozgrywek ma identyczny jak przed rokiem. Najbliższy miesiąc poświęci na rehabilitacji i odbudowywanie formy. Pozostaje tylko wierzyć, że ten konkretny uraz jest przypadkowym i nie wynika on systemowo z jakiegoś niedopatrzenia lub błedów w okresie przygotowawczym. Nie pozostaje nic innego jak tylko życzyć Samirowi udanego zabiegu i szybkiego powrotu do zdrowia.

* Zapoczątkowanie ‘Arsenal Fan Shere’ to nic innego jak początek budowy świadomej grupy kibiców Arsenalu, którzy jako udziałowcy (czyli współwłaściciele) mieliby w przyszłości ogromną siłę głosu w kwestii kierunku rozwoju klubu i decyzji zapadających na samym szczycie.

Wyobraźmy sobie, że za kilka/kilkanaście lat kibice AFC nabędą (z pełnej puli 64 000) pokaźną liczbę kilku/kilkunastu tysięcy ‘dużych’ akcji Klubu. Momentalnie staną się wtedy realną siłą decyzyjną i poważnym partnerem do rozmów z takimi ludźmi jak Usmanov czy Kroenke.

Tagi: , , , , , , , ,

EPL: Liverpool 1-1 Arsenal

16. Sierpień 2010 | View Comments | Podsumowanie meczu | Mariusz

Gdy Arsene Wenger w przedmeczowym wywiadzie wyjawił dziennikarzom, że zawodnik, który stanie między naszymi słupkami w spotkaniu z Liverpoolem, zostanie naszym numerem 1 na obecny sezon – wszyscy wstrzymali oddech z nadzieją, że w tunelu Anfield nie ujrzą twarzy Łukasza Fabiańskiego. Szczytem marzeń byłoby spodziewać się niespodzianki w postaci Schwarzera, wyprowadzającego naszą drużynę przeciw Liverpoolowi, toteż widok Almunia dał nam względny spokój przed pierwszym gwizdkiem sędziego.

Powiedzieć (jak Wenger), że Manuel zaliczył dobry mecz, to dla mnie zbyt wiele. Wczorajsza postawa Almunii pozwoliła stanowczo określić moje preferencje: Schwarzer jest nam potrzebny jak cholera. Zastanawiam się nawet czy wyłożenie 4 milionów funciaków (bo chyba dopiero taka suma dałaby Australijczykowi zielone światło do opuszczenia Fulham) nie zwróciłoby nam się po jakimś czasie z nawiązką. Tu nie rozchodzi się jedynie o nowego faceta, który stanąłby w „piątce” i od czasu do czasu dosięgnął któregoś z dośrodkowań. Tu idzie o coś ważniejszego, o człowieka, który zarządza tym całym bramkarskim burdelem. Najwyraźniej potrzebujemy nowego trenera bramkarzy (bo przy obecnym stanie rzeczy nawet transfer Casillasa mógłby się po roku czasu okazać nietrafionym zakupem). Schwarzer po wysłużeniu swojego piłkarskiego etatu, byłby naturalnym następcą do przejęcia posady Gerry’ego Peytona. Być może właśnie takim tokiem rozumowania podchodzimy do tego ewentualnego transferu. Byłoby to dla mnie co najmniej budujące.

Do czego zdolny jest Almunia, wiemy wszyscy. Zaskoczeniem jest więc sytuacja, gdy naszego klauna jest w stanie przebić inny klaun. Ciekawe czy ten kuriozalny samobój z 90 minuty meczu dotrwa do końca sezonu jako synonim najkomiczniejszej akcji sezonu. Ma ku temu ogromny potencjał. Interwencja Pepe Reiny to jak połączenie żałosnej parady Fabiańskiego z wyjazdowego meczu przeciw FC Porto, wraz z dołującą interwencją Almunii w końcówce wyjazdowego spotkania z Birmingham. W tym jednym przypadku kibice Arsenalu mają prawo do szczególnie wylewnego wiwatowania na cześć bramkarza Liverpoolu. Założę się, że ten numer rozbawił znacznie więcej osób, niż widok opakowanego Fabregasa w trykot „więcej niż klubu”. Karma powraca.

Najważniejszym fragmentem wczorajszego spotkania, a w zasadzie punktem zwrotnym meczu była sytuacja, gdy Joe Cole postanowił przypodobać się kibicom Liverpoolu swoim zaangażowaniem i walecznością. Jego wejście w nogi Koscielnego jak najbardziej zasługiwało na czerwoną kartkę. Na szczęście uodporniłem się już do opinii „ekspertów”, którzy przy każdej podobnej sytuacji znajdą wytłumaczenie dla osłabienia brutalności faulu. We wczorajszym przypadku noga Laurenta pozostała w całości chyba tylko za sprawą wyjątkowej budowy jego tkanki kostnej. Wenger po meczu przyznał, że w chwili gdy Koscielny opuszczał boisko na noszach, nasz sztab medyczny podejrzewał, pęknięcie kości. Na szczęście skończyło się tylko na poważniejszym stłuczeniu, toteż Francuz mógł kontynuować grę w drugiej części meczu.

Tych z kibiców Liverpoolu, którzy z tak wielką lubością wygwizdywali naszego obrońcę przy każdej możliwej okazji, nazwać trzeba jednoznacznie – bydłem. Domyślam się, że dla tych idiotów, pogruchotana noga rywala byłaby odpowiednim ekwiwalentem dla czerwonej kartki Cole’a. Pieprzeni hipokryci, mający za ikonę klubu kogoś takiego jak Gerrard…

Zupełnie nie spodziewałem się tego, że grając z przewagą jednego zawodnika, pozwolimy Ngogowi zapewnić Liverpoolowi prowadzenie. Nawet świadomość zdrowego i całego Laurenta nie była w stanie wynagrodzić mi ten zawód. Przecierałem tez oczy ze zdumienia gdy przez kolejne minuty zostaliśmy zamknięci na własnej połowie boiska, tak jakbyśmy sami zmagali się z absencją jednego zawodnika.

Kiedy Arsenalowi udało się wreszcie przejąć inicjatywę w głębi pola, Hodgson zrobił to co potrafi najlepiej, czyli zamurował dostęp do swojej bramki, pozostawiając z przodu osamotnionego Ngoga (wymienionego później na powracającego po kontuzji Torresa). Klepanie w poprzek boiska nie dawało nam specjalnych szans na odwrócenie wyniku. Podwójna zmiana i wejście Walcotta z Rosickym oraz kilkanaście minut później wprowadzenie Van Persiego zdołało rozruszać naszą ofensywę. O naszej determinacji niech świadczy to, że w końcówce meczu na placu gry przebywali jednocześnie: Nasri, Rosicky, Walcott, Arszawin, van Persie i Chamakh. Do najlepszej okazji doszedł Rosa, który po błyskotliwym rozegraniu piłki z Robinem, znalazł się w dogodnej sytuacji do strzelenia bramki. Niestety pojedynek z Reiną zakończył się na przeniesieniu piłki nad poprzeczką.

Pamiętny niejednego spotkania z końcówki ostatniego sezonu, czekałem w napięciu na doliczony czas gry, z nadzieją, że w jakiś sposób uda się wepchnąć piłkę do siatki gospodarzy. No i udało się. Po dośrodkowaniu reprezentanta Czech, do walki z Reiną zabrał się Chamakh i w wymierny sposób zmusił bramkarze LFC najpierw do wypuszczenie piłki z rąk, a po odbiciu się jej od słupka… no cóż… tego już nikt nie potrafi wytłumaczyć.

Ostatecznie, rzutem na taśmę wyrwaliśmy Hodgsonowi przynajmniej ten punkt. Po zastanowieniu, wynik 1-1 przyjmuję za naprawdę przyzwoity rezultat. Szczególnie zważając na to, co zaprezentowaliśmy na Anfield jako drużyna. Kibicom Kanonierów nie trzeba tłumaczyć, że wyższy procent posiadania piłki to jeszcze nie zwycięstwo. W niedzielę to Liverpool dochodził do korzystniejszych okazji strzeleckich. Uwagę zwracały (już tradycyjnie) agresywność i pracowitość w sposobie gry gospodarzy. Trzeba oddać Hodgsonowi, że jego drużyna walczyła o zwycięstwo z pełnym poświęceniem i tylko minuty dzieliły ich od ostatecznego sukcesu. Paradoksalnie, czerwona kartka dla Cole i szybka bramka Ngoga, wcale nie ułatwiły Arsenalowi gry. W zderzeniu ze zmasowaną, mocno pracującą i zgraną defensywą, wyglądaliśmy na bezradnych. Niezwykle trudno było nam znaleźć drogę do bramki rywala.

Szukając odpowiedzi na pytanie: „czemu wyglądało to tak, jak wyglądało?” skłaniam się do odpowiedzi złożonej z kilku argumentów. Przede wszystkim:

- najwyraźniej zapomnieliśmy, że obok Old Trafford i Stamford Bridge, Anfield to jeden z najtrudniejszych do zdobycia stadionów Anglii. Nawet najlepsi wyjeżdżają z Liverpoolu ukontentowani ugraniem choćby jednego oczka. Być może ostatni sezon LFC uśpił naszą czujność

- Arszawin najwyraźniej myślał, że ze strachu przed jego nazwiskiem, gospodarze zrezygnują z walki i pozwolą mu strzelić przynajmniej jedną bramkę. Przeliczył się i to grubo. Był wolny i bezproduktywny

- najsłabszy zawodnik Kanonierów – z angielską piłką swoje pierwsze spotkanie zaliczyli dwaj nowo przybyli gracze z ligi francuskiej. O ile Koscielny radził sobie świetnie, to Chamakhowi przydałoby się nieco więcej miejsca

- Jack Wilshere to wielki talent. Doświadczenie i odporność psychiczną nabywa się jednak z wiekiem

- Nasri nie wyglądał na tego samego zawodnika, którego pamiętam z okresu przygotowawczego. Z jednej strony tłumaczy go półka na której stał wczorajszy rywal. Z drugiej jednak strony, dał o sobie znać stres i ciążąca na nim odpowiedzialność za drużynę. Nikt mnie nie przekona, że Samir zapomniał jak przy rzutach wolnych przenosić piłkę nad murem obrońców.

- brak pełnego zgrania i osoby będącej w stanie wziąć odpowiedzialność na swoje barki. Długimi momentami widać było, że brakuje tej chemii, automatyzmu i zrozumienia. We wczorajszym MotD2 wyraźnie przedstawiono brak wizji w prowadzeniu akcji ofensywnych. Nasri zawężał grę do środka, zamiast rozciągać ją do linii bocznych, wykorzystując Clichy’ego czy wprowadzonego później Walcotta. Stąd to systematyczne walenie głową w mur. A przecież osoba Chamakha winna zachęcać nas do odważniejszego bicia dośrodkowań z bocznych sektorów boiska.

Jeśli zaś chodzi o pozytywy meczu, to podobał mi się debiut Laurenta Koscielnego. Rozwiewa na razie wszelkie obawy związane z jego transferem do Arsenalu. Może posturą nie przypomina gladiatora, lecz skrupulatnie stara się naśladować swojego belgijskiego partnera. Sporo wygranych górnych piłek, zdecydowanie i bezkompromisowość – mam nadzieję, że stanie się to dewizą naszych defensorów. Wygrane pojedynki z Torresem niech będą dla niego kamieniem węgielnym pod kolejne doświadczenia z angielskich boisk. Niestety debiut został nieco zepsuty za sprawą sędziego, który za przypadkowe dotknięcie piłki ręką w środkowej strefie boiska, postanowił obdarować go drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartką.
To co szczególnie przypadło mi do gustu, to sposób rozgrywania piłki przez naszą linię obrony. Czuję duży komfort widząc jak futbolówką operują Koscielny z Vermaelenem. Wygląda na to, że Wenger trafił idealnie, sprowadzając dwóch młodych, dobrych, twardych i nowoczesnych środkowych obrońców.

Mam nadzieję, że czerwona kartka dla Laurenta zostanie odpowiednio skonsumowana przez nasz sztab trenerski. Nie chcę nawet myśleć o tym, że w tym okienku transferowym nie sprowadzimy choćby jednego CB, mogącego wejść do gry niemal z marszu. W sytuacji, gdy polowanie na naszych defensorów będzie trwało nadal, a Djourou będzie spędzał więcej czasu u lekarza niż na boisku, należałoby poszerzyć poszukiwania o kolejnego środkowego obrońcę.

Wycieczka na Anfield obfitowała w liczne przygody. Do Londynu wróciliśmy ze szczęśliwym remisem, ugranym na trudnym terenie. Oby był to wystarczający powód skłaniający nas do analizy i wyciągnięcia właściwych wniosków. Najbliższy tydzień to czas regeneracji i przygotowania do spotkania z Blackpool. Pomimo sensacyjnego zwycięstwa beniaminka z Wigan, nie oczekuję w sobotę niczego innego jak tylko zwycięstwa. Liverpoolowi wypada życzyć powodzenia w dalszej części sezonu. Niech napsują teraz krwi innym.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , ,
  • TWITTER



  • KALENDARZ WPISÓW

    Wrzesień 2010
    P W Ś C P S N
    « sie    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    27282930  

Arsenalizacja on Facebook
Page 1 of 512345